Przez ten krótki okres celowo unikałam
Thranduila. Nie było to trudne, ponieważ w końcu spędzałam całe dni w lesie na
tyłach pałacu, gdzie nikt zazwyczaj się nie zapuszczał. Jednakże, trzeciego
dnia od ucieczki krasnoludów, natknęłam się na stryja na korytarzu.Wracałam właśnie z jadalni, kiedy zauważyłam go rozmawiającego z jakimś
służącym. Chciałam szybko odejść bocznym korytarzem, lecz dostrzegł mnie i było
już za późno. Westchnęłam więc tylko i zaczekałam, aż do mnie podejdzie.
Stanąwszy przede mną, omiótł mnie wzrokiem marszcząc nieco przy tym brwi.
- Dawno się nie widzieliśmy,
Clarlien – rzekł odrobinę rozbawionym tonem.
- Owszem – odparłam
niewzruszona patrząc mu prosto w oczy. – Byłam nieco zajęta.
Thranduil uśmiechnął się lekko na te słowa.
- Czymże, jeśli można
wiedzieć? – spytał zaciekawiony.
- Trenowałam. – Przewróciłam
oczami. – Znasz mnie przecież na tyle dobrze, aby wiedzieć, że nic nie zajmuje
mnie tak bardzo jak walka.
- A zatem dobrze się składa –
powiedział nieco poważniejąc. – Wyruszamy dziś bowiem do Ereboru na wojnę z
krasnoludami. – Słowo „krasnoludy” wymówił jak zwykle z pogardą.
Ja zaś pobladłam nieco i otworzyłam szerzej
oczy, gdy to usłyszałam. Czy on mówił poważnie?! Widząc moją reakcję, Thranduil znów się uśmiechnął.
- Nie martw się – dodał. –
Dam im trochę czasu na podjęcie decyzji. Jeżeli zdecydują się oddać nam naszą
własność, będzie po sprawie.
- Masz na myśli te białe
kamienie?
Król pokiwał głową.
- Naprawdę podejmiesz wojnę z
powodu takiego drobiazgu?! – zawołałam poirytowana. – Będziesz ryzykował śmierć
naszych wojowników, aby odzyskać biżuterię?!
- O co ci znowu chodzi?! –
Tym razem widać było, iż zaczyna tracić cierpliwość. – Dobrze przecież wiesz,
że zostaliśmy oszukani! I nie próbuj bronić Dębowej Tarczy i jego nędznej
kompanii!
- W porządku... – rzekłam już
nieco spokojniej, choć policzki nadal mi płonęły, a w oczach zapewne malował
się gniew. Nie mogłam przecież dać po sobie poznać, że zależy mi na
krasnoludach. – Wątpię jednak, aby doszło do jakiejś wojny pomiędzy nami.
Zapewne krasnoludy okażą się mądrzejsze niż sądzisz i zwrócą ci te kamienie –
westchnęłam.
- Żebyś się nie zdziwiła –
odparł łagodniejszym tonem. – Wyruszamy za godzinę. Wyszykujesz się do tego
czasu?
Przytaknęłam i już miałam odejść, gdy do
głowy przyszło mi jeszcze jedno nurtujące mnie pytanie.
- Gdzie poszli Tauriel i
Legolas? – Spojrzałam na niego uważnie. – Czyżbyś wysłał ich na jakąś misję bez
mojej wiedzy?
Thranduil pokręcił tylko głową, a na jego
twarzy pojawiło się jakieś dziwne uczucie. Smutek? Gniew? Nie potrafiłam
tego określić.
- Nie – odpowiedział krótko.
– Opuścili królestwo bez mojego pozwolenia. Dotarli do Esgaroth i walczyli tam z tymi orkami,
którzy wdarli się na nasze ziemie. Teraz podobno pojechali do Gundabadu. Wiem to od posłańca, którego wysłałem o
świcie nad jezioro – powiedział zagadkowym tonem i spojrzał
mi w oczy.
- Do Gundabadu? Ale po co? – Uniosłam obie brwi. Twierdza u granic dawnego królestwa Angmaru nie była ani ciekawym, ani bezpiecznym miejscem. Nikt z naszych nie zapuszczał się tam bez potrzeby. Gdy stałam się już doświadczoną wojowniczką, byłam tam raz na jednej z bitew, która stanowiła ledwie namiastkę wojen, jakie toczono tam parę tysięcy lat temu. Z opowieści ojca wiedziałam, iż tam właśnie zginęła żona stryja i matka Legolasa. Ponieważ król nigdy o tym nie mówił, nie ośmieliłam się zadawać pytań na ten temat.
- Legolas twierdzi, iż
orkowie, z którymi walczyliście, właśnie stamtąd pochodzą i oczywiście chce zbadać tę sprawę. – Thranduil ruszył korytarzem w
stronę mojego pokoju i dał mi znak, aby poszła za nim.
Ruszyliśmy więc nie przerywając rozmowy.
Słuchałam nieco zdezorientowana, starając się analizować fakty. Zaczęłam
żałować, iż nie pojechałam wraz z mym kuzynem. Mogła być to bowiem jedyna
szansa, aby dowiedzieć się czegoś o obecnej sytuacji. Jednakże, może lepiej
było, abym wraz ze stryjem pojechała do Ereboru. Ktoś musiał dopilnować, żeby nie doszło do bezsensownej wojny, gdy groziło nam prawdziwe niebezpieczeństwo z
innej strony. Mimo tylu informacji, coś mi tu nie pasowało... Nagle zdałam
sobie sprawę, że muszę wiedzieć coś jeszcze.
- Skoro krasnoludy są znów w
Ereborze, to smok nie żyje prawda? Wiesz coś o tym, kto go zabił?
- To ty nic nie wiesz? –
zdziwił się stryj. – Od samego ranka chyba wszyscy w królestwie o tym mówią.
Cóż, najwyraźniej nie powinnaś spędzać tyle czasu trenując z dala od innych...
Smok został zabity dzisiejszej nocy. Nim zginął, zdążył spalić niewielką część
Miasta na Jeziorze, lecz w porę zgładził go człowiek imieniem Bard.
Zatrzymaliśmy się przed drzwiami mojego
pokoju.
- Masz dużą wiedzę, jak na
kogoś, kto nie opuszcza ostatnio królestwa – zaśmiałam się. – Następnym razem
nic nie ujdzie mojej uwadze.
- Cieszę się, że przynajmniej
ty jesteś posłuszna i zostałaś tu ze mną. – Thranduil położył mi dłoń na
ramieniu. – A teraz idź już przygotować się do drogi – powiedział, po czym
odwrócił się i odszedł.
Nie czekając ani chwili weszłam do swej
komnaty i zamknęłam za sobą drzwi. Ponieważ nie miałam zbyt wiele czasu,
spakowałam pośpiesznie najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy byłam już gotowa,
podeszłam do lustra wiszącego obok mojej garderoby i przyjrzałam się swemu
odbiciu. Niby wyglądałam tak jak zawsze – wysoka i szczupła sylwetka, długie
jasnoblond włosy zaczesane do tyłu, wąskie jasne brwi i oczy o dziwnej
niebieskozielonej barwie – a mimo to odniosłam wrażenie, iż do mojego wyglądu
wdarło się coś obcego. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że jest to
zapewne niepokój malujący się na mojej twarzy. Westchnęłam więc tylko i
postanowiłam, że nie wolno mi tego okazać przed stryjem. Będę musiała wyglądać
na całkowicie spokojną.
Wychodząc z pokoju, rozmyślałam nad tym, co
przyniesie dzisiejszy dzień. Miałam nadzieję, iż w rzeczywistości nie dojdzie
do żadnej wojny pomiędzy nami a krasnoludami. Nie mogłam być jednak co do tego
pewna. Teraz tak naprawdę wszystko zależało od rozsądku Thorina i Thranduila.
Po stryju można było spodziewać się wszystkiego, a co do Thorina, to miałam
pewne obawy dotyczące jego osoby. Mogło się bowiem zdarzyć, że złoto Ereboru
zawładnie nim tak jak przed laty zawładnęło jego dziadkiem... albo i nie. Od
dawna mu ufałam i szczerze powiedziawszy byłam dobrej myśli. Liczyłam, że mój
przyjaciel jednak nie podda się tej chorobie umysłu. Z pewnością nie
pozwoliłaby mu na to jego wrodzona mądrość oraz silny charakter.