poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział 7

    Przez ten krótki okres celowo unikałam Thranduila. Nie było to trudne, ponieważ w końcu spędzałam całe dni w lesie na tyłach pałacu, gdzie nikt zazwyczaj się nie zapuszczał. Jednakże, trzeciego dnia od ucieczki krasnoludów, natknęłam się na stryja na korytarzu.Wracałam właśnie z jadalni, kiedy zauważyłam go rozmawiającego z jakimś służącym. Chciałam szybko odejść bocznym korytarzem, lecz dostrzegł mnie i było już za późno. Westchnęłam więc tylko i zaczekałam, aż do mnie podejdzie. Stanąwszy przede mną, omiótł mnie wzrokiem marszcząc nieco przy tym brwi.
    - Dawno się nie widzieliśmy, Clarlien – rzekł odrobinę rozbawionym tonem.
    - Owszem – odparłam niewzruszona patrząc mu prosto w oczy. – Byłam nieco zajęta.
    Thranduil uśmiechnął się lekko na te słowa.
    - Czymże, jeśli można wiedzieć? – spytał zaciekawiony.
    - Trenowałam. – Przewróciłam oczami. – Znasz mnie przecież na tyle dobrze, aby wiedzieć, że nic nie zajmuje mnie tak bardzo jak walka.
    - A zatem dobrze się składa – powiedział nieco poważniejąc. – Wyruszamy dziś bowiem do Ereboru na wojnę z krasnoludami. – Słowo „krasnoludy” wymówił jak zwykle z pogardą.
    Ja zaś pobladłam nieco i otworzyłam szerzej oczy, gdy to usłyszałam. Czy on mówił poważnie?! Widząc moją reakcję, Thranduil znów się uśmiechnął.
    - Nie martw się – dodał. – Dam im trochę czasu na podjęcie decyzji. Jeżeli zdecydują się oddać nam naszą własność, będzie po sprawie.
    - Masz na myśli te białe kamienie?
    Król pokiwał głową.
    - Naprawdę podejmiesz wojnę z powodu takiego drobiazgu?! – zawołałam poirytowana. – Będziesz ryzykował śmierć naszych wojowników, aby odzyskać biżuterię?!
    - O co ci znowu chodzi?! – Tym razem widać było, iż zaczyna tracić cierpliwość. – Dobrze przecież wiesz, że zostaliśmy oszukani! I nie próbuj bronić Dębowej Tarczy i jego nędznej kompanii!
    - W porządku... – rzekłam już nieco spokojniej, choć policzki nadal mi płonęły, a w oczach zapewne malował się gniew. Nie mogłam przecież dać po sobie poznać, że zależy mi na krasnoludach. – Wątpię jednak, aby doszło do jakiejś wojny pomiędzy nami. Zapewne krasnoludy okażą się mądrzejsze niż sądzisz i zwrócą ci te kamienie – westchnęłam.
    - Żebyś się nie zdziwiła – odparł łagodniejszym tonem. – Wyruszamy za godzinę. Wyszykujesz się do tego czasu?
    Przytaknęłam i już miałam odejść, gdy do głowy przyszło mi jeszcze jedno nurtujące mnie pytanie.
    - Gdzie poszli Tauriel i Legolas? – Spojrzałam na niego uważnie. – Czyżbyś wysłał ich na jakąś misję bez mojej wiedzy?
    Thranduil pokręcił tylko głową, a na jego twarzy pojawiło się jakieś dziwne uczucie. Smutek? Gniew? Nie potrafiłam tego określić.
    - Nie – odpowiedział krótko. – Opuścili królestwo bez mojego pozwolenia. Dotarli do Esgaroth i walczyli tam z tymi orkami, którzy wdarli się na nasze ziemie. Teraz podobno pojechali do Gundabadu. Wiem to od posłańca, którego wysłałem o świcie nad jezioro – powiedział zagadkowym tonem i spojrzał mi w oczy.
    - Do Gundabadu? Ale po co? – Uniosłam obie brwi. Twierdza u granic dawnego królestwa Angmaru nie była ani ciekawym, ani bezpiecznym miejscem. Nikt z naszych nie zapuszczał się tam bez potrzeby. Gdy stałam się już doświadczoną wojowniczką, byłam tam raz na jednej z bitew, która stanowiła ledwie namiastkę wojen, jakie toczono tam parę tysięcy lat temu. Z opowieści ojca wiedziałam, iż tam właśnie zginęła żona stryja i matka Legolasa. Ponieważ król nigdy o tym nie mówił, nie ośmieliłam się zadawać pytań na ten temat. 
    - Legolas twierdzi, iż orkowie, z którymi walczyliście, właśnie stamtąd pochodzą i oczywiście chce zbadać tę sprawę. – Thranduil ruszył korytarzem w stronę mojego pokoju i dał mi znak, aby poszła za nim.
    Ruszyliśmy więc nie przerywając rozmowy. Słuchałam nieco zdezorientowana, starając się analizować fakty. Zaczęłam żałować, iż nie pojechałam wraz z mym kuzynem. Mogła być to bowiem jedyna szansa, aby dowiedzieć się czegoś o obecnej sytuacji. Jednakże, może lepiej było, abym wraz ze stryjem pojechała do Ereboru. Ktoś musiał dopilnować, żeby nie doszło do bezsensownej wojny, gdy groziło nam prawdziwe niebezpieczeństwo z innej strony. Mimo tylu informacji, coś mi tu nie pasowało... Nagle zdałam sobie sprawę, że muszę wiedzieć coś jeszcze.
    - Skoro krasnoludy są znów w Ereborze, to smok nie żyje prawda? Wiesz coś o tym, kto go zabił?
    - To ty nic nie wiesz? – zdziwił się stryj. – Od samego ranka chyba wszyscy w królestwie o tym mówią. Cóż, najwyraźniej nie powinnaś spędzać tyle czasu trenując z dala od innych... Smok został zabity dzisiejszej nocy. Nim zginął, zdążył spalić niewielką część Miasta na Jeziorze, lecz w porę zgładził go człowiek imieniem Bard.
     Zatrzymaliśmy się przed drzwiami mojego pokoju.
    - Masz dużą wiedzę, jak na kogoś, kto nie opuszcza ostatnio królestwa – zaśmiałam się. – Następnym razem nic nie ujdzie mojej uwadze.
    - Cieszę się, że przynajmniej ty jesteś posłuszna i zostałaś tu ze mną. – Thranduil położył mi dłoń na ramieniu. – A teraz idź już przygotować się do drogi – powiedział, po czym odwrócił się i odszedł.
    Nie czekając ani chwili weszłam do swej komnaty i zamknęłam za sobą drzwi. Ponieważ nie miałam zbyt wiele czasu, spakowałam pośpiesznie najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy byłam już gotowa, podeszłam do lustra wiszącego obok mojej garderoby i przyjrzałam się swemu odbiciu. Niby wyglądałam tak jak zawsze – wysoka i szczupła sylwetka, długie jasnoblond włosy zaczesane do tyłu, wąskie jasne brwi i oczy o dziwnej niebieskozielonej barwie – a mimo to odniosłam wrażenie, iż do mojego wyglądu wdarło się coś obcego. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że jest to zapewne niepokój malujący się na mojej twarzy. Westchnęłam więc tylko i postanowiłam, że nie wolno mi tego okazać przed stryjem. Będę musiała wyglądać na całkowicie spokojną.
   Wychodząc z pokoju, rozmyślałam nad tym, co przyniesie dzisiejszy dzień. Miałam nadzieję, iż w rzeczywistości nie dojdzie do żadnej wojny pomiędzy nami a krasnoludami. Nie mogłam być jednak co do tego pewna. Teraz tak naprawdę wszystko zależało od rozsądku Thorina i Thranduila. Po stryju można było spodziewać się wszystkiego, a co do Thorina, to miałam pewne obawy dotyczące jego osoby. Mogło się bowiem zdarzyć, że złoto Ereboru zawładnie nim tak jak przed laty zawładnęło jego dziadkiem... albo i nie. Od dawna mu ufałam i szczerze powiedziawszy byłam dobrej myśli. Liczyłam, że mój przyjaciel jednak nie podda się tej chorobie umysłu. Z pewnością nie pozwoliłaby mu na to jego wrodzona mądrość oraz silny charakter.    

Rozdział 6

    Zmarszczyłam brwi. Mamy nie opuszczać królestwa w obliczu wojny? Nigdy tak nie postępowaliśmy. Zawsze służyliśmy pomocą innym ludom Śródziemia, chyba, że były to krasnoludy. Z tego co mówił ten ork wynikało przecież, iż wkrótce może dojść do wielkiej bitwy. Powinniśmy raczej zrobić przegląd wojsk, a nie zamykać się w królestwie na cztery spusty.
    Zerknęłam na mojego kuzyna, aby poszukać w nim poparcia myśli, które planowałam za chwilę wypowiedzieć. Jednak Legolas był już przy wyjściu z sali tronowej. Zapewne zmierzał do bramy, aby przekazać rozkazy.
    Gdy to spostrzegłam, stryj wciąż stał wpatrując się we mnie uważnie. Zaczęłam szykować się do odejścia, lecz jego przenikliwe spojrzenie nie dawało mi spokoju. Zerknęłam mu więc prosto w oczy i zapytałam:
    - Czy chcesz mi coś powiedzieć, panie? – Dopiero po tych słowach zorientowałam się, że w mój głos wdała się irytacja.
    Thranduil popatrzył na mnie jeszcze przez chwilę, po czym wreszcie się odezwał.
    - Uważaj na siebie – rzekł z powagą i zaczął przechadzać się obok mnie. Domyśliłam się, że miał tu na myśli, abym nigdzie nie wychodziła. Jak zwykle próbował mnie pilnować.
    Westchnęłam ciężko i pokiwałam głową.
    - Dobrze, stryju. Ale… dlaczego nakazałeś  trzymać nas tu w zamknięciu? Nie lepiej sposobić się do walki?
    - To dla naszego dobra, Clarlien – odpowiedział spokojnie. - Zresztą wiesz, że dbanie o tereny poza naszymi granicami przekracza mój zakres władzy.
    Usłyszawszy to, jeszcze bardziej się zirytowałam. Co się z nim działo? Postanowiłam jednak się nie odzywać i udawać, że wszystko jest w porządku. Nie chciałam przecież, aby stryj zaczął domyślać się czegoś co do naszych relacji z Thorinem.
    Dygnęłam więc tylko przed królem i ruszyłam do wyjścia z sali. Gdy byłam w drzwiach, nie wiedziałam nawet dokąd idę.
    Wędrowałam wzburzona po całym pałacu, aż ni stąd, ni zowąd znalazłam się w zbrojowni. Nie zastałam tam nikogo. W pomieszczeniu panował półmrok, na ścianie paliła się zaledwie część lamp oświetlających licznie połyskujące zbroje i broń, która odbijała złote oraz srebrne światło. Jako, że walka była nieodłącznym i ulubionym elementem mojego życia, było to jedno z moich ulubionych miejsc w królestwie.
    Westchnęłam, po czym podeszłam do kąta, w którym zawsze zostawiałam moje długie, srebrne sztylety o zdobionych klingach, łuk oraz średniej długości miecz, którego rzadko używałam. Postanowiłam, że skoro nie wolno opuścić królestwa, to przynajmniej spędzę ten czas pożytecznie.
    Wypolerowałam więc dokładnie swoją broń. Wyczyściłam sztylety tak, że aż lśniły, uzupełniłam komplet strzał w moim kołczanie, naostrzyłam nawet mój miecz. Jeżeli ten ork mówił prawdę i rzeczywiście groziła nam wojna, to niezależnie od rozkazów stryja należało się na nią przynajmniej trochę przygotować.
     Nim wyszłam ze zbrojowni, po raz pierwszy od jakiegoś czasu zabrałam ze sobą także miecz. Pomyślałam, że trzeba w końcu poprawić swoje umiejętności szermiercze. Od bardzo dawna w walce szukałam zapomnienia od codziennych problemów, tak więc i tym razem postanowiłam to zrobić.
     Najbliższy czas upłynął mi więc na treningu. Od świtu aż do zmroku przebywałam w lesie od strony rzeki, w jednym z zakątków, do którego najbardziej lubiłam chodzić. Szkoliłam swą walkę mieczem używając do tego celu grubego pnia drzewa. Muszę przyznać, że szło mi całkiem nieźle. Ćwiczyłam szermierkę pogrążając się w zamyśleniu. Starałam nie zamartwiać się tym, co będzie, lecz kiepsko mi to szło. Mimo zamyślenia, trenowałam skupiona na precyzji moich uderzeń mieczem. Nie zauważyłam nawet, że nastał wieczór, tak bardzo byłam zajęta.
    Gdy wróciłam do pałacu, było już późno, dlatego udałam się od razu do swego pokoju. Niedługo potem położyłam się i niemal od razu zasnęłam.
    Następnego dnia zerwałam się wczesnym rankiem nastawiona na kontynuowanie mojego treningu. Cóż bowiem innego pozostało mi do roboty? Ponieważ nie miałam ochoty na rozmowę ze stryjem czy Legolasem, postanowiłam już kolejny raz nie zjawiać się w jadalni. Byłam zbyt poirytowana, aby rozmawiać z którymś z nich. Dotyczyło to szczególnie Thranduila. Jego postawa wobec obecnej sytuacji na dłuższą metę mogłaby spowodować u mnie publicznie gwałtowny wybuch gniewu, a to z pewnością nie było moim zamiarem.
    Pomyślałam jednak, iż chętnie porozmawiałabym z Tauriel. Nie była bowiem ona taka jak król i jego syn. Zdarzało się nawet i tak, iż często nie zgadzała się z Thranduilem i ogłaszała mu to na głos, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja. Była to jedna z rzeczy, które miałyśmy ze sobą wspólne mimo różnicy charakterów. Jednakże, ja w przeciwieństwie do niej nie byłam tak impulsywna i potrafiłam siedzieć cicho w obecności stryja, gdyż wiedziałam, co niesie za sobą głośny sprzeciw wobec niego.
    Wychodząc z kuchni, zaczepiłam więc jakiegoś strażnika pytając czy przypadkiem nie wie, gdzie jest Tauriel czy chociażby Legolas. Elf jednak odparł tylko, iż nie ma pojęcia, ponieważ widział tylko, jak każde z nich po kolei opuszczało wczoraj królestwo. Słysząc to, zmarszczyłam brwi. Czyżby Thranduil wysłał ich potajemnie w celu wytropienia orków? Nie, to z pewnością nie wchodziło w grę. Gdyby król wydał im taki rozkaz, zapewne wiedziałabym o tym. Tu chodziło raczej o coś innego. Być może Tauriel znów postanowiła złamać zakaz króla i opuścić królestwo.
    Moje domysły natychmiast się potwierdziły, gdy strażnik powiedział mi, że to właśnie ona pierwsza przekroczyła bramę. Zaśmiałam się w duchu. A jednak tym razem jej słowa przeszły w czyny. A że Legolas od dawna się z nią przyjaźnił (podejrzewałam nawet, iż było to coś więcej niż tylko przyjaźń), to oczywiście posunął się nawet do złamania nakazu ojca i za nią podążył.
   Wymamrotałam tylko słowa podziękowania za informacje i natychmiast ruszyłam znów do zbrojowni. Podobnie jak wczoraj zabrałam ze sobą miecz i udałam się w to samo miejsce w lesie, aby kontynuować trening.
   Podczas ćwiczeń zastanawiałam się, co przytrafiło się krasnoludom odkąd uciekli. Była to jedna wielka niewiadoma, ponieważ nawet jeśli zdołali w miarę bezpiecznie dotrzeć do jeziora (co było wątpliwą kwestią, gdyż przecież zabraliśmy im wszystko łącznie z bronią), to i tak nie było wiadomo, w jaki sposób dotrą do Góry. Gdyby postanowili obejść Esgaroth, groziło im niebezpieczeństwo napadu orków. Liczyłam jednak na to, że Thorin będzie kierował się rozsądkiem i wraz z innymi znajdzie jakiś sposób na przeprawę przez wodę. Nawet jeśli jednak by im się to udało, nie było wiadomo, jak zostaną przyjęci w rządzonym przez chciwego władcę Mieście na Jeziorze i czy uda im się w porę dotrzeć do góry. A poza tym... co działo się z Tauriel i Legolasem? Miałam nadzieję, że nie wyprawili się na walkę z orkami beze mnie. Jeżeli jednak faktycznie tak było, postanowiłam, iż jeśli nie wrócą w ciągu najbliższych dni, pójdę za nimi po kryjomu.
   Cóż jednak mogłam teraz zrobić? Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko przygotować się na nadchodzącą wojnę. Nawet jeżeli nie szykowała się żadna bitwa, to i tak nie zaszkodziło poćwiczyć walki mieczem.
    Tak więc spędziłam w ten sposób cały ten i jeszcze kolejny dzień. Może to dziwne, ale nie odczuwałam nawet zbytniego zmęczenia z tego powodu. Najwyraźniej faktycznie byłam do tego stworzona. 

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 5

   Po chwili mój krok przeszedł w trucht, gdyż chciałam już być na miejscu. Ani się obejrzałam, byłam w już z powrotem. Gdy tylko weszłam do pałacu, od razu zauważyłam, że coś jest nie tak. Na korytarzu głównym panowało ogólne zamieszanie, wszędzie kręcili się rozmawiający podniesionym głosem strażnicy. Czyżby chodziło o krasnoludów? Wśród straży zauważyłam mojego dobrego znajomego. Zaczepiłam go, pytając co się stało. Gdy oznajmił mi, że więźniowie zniknęli, nie byłam zdziwiona. Elf chyba jednak tego nie zauważył, gdyż miał jakąś pilną sprawę do załatwienia i odszedł naprędce. 
   Postanowiłam działać szybko. Popędziłam czym prędzej w kierunku celi. Usiłowałam wymyśleć, gdzie też mogli uciec, ale żadne sensowne rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy. Biegnąc korytarzem prowadzącym na dół, natknęłam się na Legolasa. Ubrany w strój bojowy i uzbrojony zmierzał szybkim krokiem kierunku tylnego wyjścia od strony rzeki. Podeszłam do niego. Czyżby Thranduil wysłał go w pościg?
- Orkowie! – zawołał nie zatrzymując się. Na te słowa zdezorientowałam się jeszcze bardziej.
- Gdzie?! – spytałam domagając się wyjaśnień.
- Nad rzeką, niedaleko bramy. Idziesz z nami walczyć? – zapytał obrzucając mnie szybkim spojrzeniem. Na całe szczęście akurat miałam przy sobie całą swoją broń, gdyż zabrałam ją przecież na leśną wyprawę.
- Oczywiście - odparłam.
- Tak myślałem – dodał cicho upewniając się wzrokiem, czy mam przy sobie odpowiednią ilość broni.W tym momencie korytarz się skończył, a naszym oczom ukazało się szerokie tylne wyjście. Zwykle zamknięte potężne, dębowe wrota były teraz otwarte na oścież. Zza nich do przyciemnionego pomieszczenia wpadało jasne światło jesiennego słońca.Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie czekała na nas Tauriel. Przywitałam się z nią skinieniem głowy. Zdziwiłam się trochę nie widząc poza nią nikogo innego ze straży, ale nic nie powiedziałam. Teraz najważniejsza była walka. 
   Całą trójką ruszyliśmy w milczeniu wzdłuż rzeki. Póki co nigdzie nie było widać śladów nieprzyjaciela, ale nie dałam się ulec temu złudzeniu. Po około pięciu minutach marszu usłyszeliśmy jakieś hałasy dochodzące spod bramy na rzece. Przyśpieszyłam kroku wybiegając naprzód i wytężyłam wzrok.Widok, który ujrzałam wydał mi się co najmniej dziwny.   
   Kilkaset metrów dalej, nieco niżej, po obu brzegach rzeki znajdowała się grupa orków. Z jak zwykle ogromnym rumorem, próbowali się oni dostać do czegoś na wodzie pod bramą. Zerknęłam w tamtym kierunku i przeżyłam kolejne zdumienie.   
   Pod bramą, na powierzchni rzeki w drewnianych beczkach (takich samych w jakich zawsze transportowaliśmy żywność do Miasta na Jeziorze) znajdowały się krasnoludy. Na oko było ich co najmniej dziesięciu. Nie widziałam ich twarzy z tej odległości, lecz wiedziałam, że to właśnie oni. Któż inny wpadłby na taki sposób ucieczki?   
   Moi towarzysze nie wahając się ani chwili ruszyli w ich kierunku z napiętymi łukami. Ruszyłam za nimi. Gdy byliśmy już dość blisko bramy, spostrzegłam, że czarnowłosy krasnolud, ten sam, który poprzedniego dnia zwrócił moją uwagę wydostał się z wody i wyszedł na brzeg. Co on robił?! Nie zdążyłam wypowiedzieć tego pytania na głos, gdyż na raz dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie. Młody krasnolud upadł na ziemię z długą strzałą orków utkwioną w nodze. W tym samym momencie Tauriel rzuciła się do walki zabijając wrogów swoimi sztyletami. Legolas ruszył za nią. I ja postanowiłam nie zwlekać z atakiem. Wyciągnęłam z pasa dwa noże i zręcznie rzuciłam nimi jeden za drugim powalając dwóch orków. Pierwszy padł z przebitym gardłem, drugi dostał w głowę chwilę później.   
   Nie była to jednak taktyka, której zamierzałam użyć. Rozejrzałam się naprędce pośród wrzawy walki. W końcu odnalazłam wzrokiem to, czego szukałam. Było to grube drzewo z rozłożystymi konarami. Podbiegłam do niego, po drodze unikając ciosów i zdążając jeszcze poderżnąć gardła paru orkom. Gdy byłam już przy pniu, wdrapałam się naprędce na górę drzewa. Siadając na grubej gałęzi, ukryłam się wśród liści i nałożyłam strzałę na cięciwę. Następnie precyzyjnie wycelowałam i strzeliłam. Udało mi się trafić jednego z przeciwników w sam środek głowy. Uśmiechnęłam się pod nosem, po czym powtórzyłam tę czynność jeszcze parę razy, dopóki żaden ork nie znajdował się w zasięgu moich strzał. Moi towarzysze zaś byli tak zajęci walką, że nawet nie zauważyli mojego zniknięcia. Legolas jak zwykle wypuszczał strzały jedna za drugą w mgnieniu oka powalając przeciwników. Tauriel także doskonale sobie radziła, co rusz zabijając orków swymi sztyletami oraz strzelając z łuku.   
    Ledwo zauważyliśmy, iż zraniony krasnolud podniósł się z trudem i pociągnął za metalowy uchwyt, otwierając bramę. Kraty się otworzyły i krasnoludy siedzące w beczkach popłynęły dalej. Widząc to, orkowie natychmiast ruszyli za nimi wzdłuż brzegów wykrzykując coś w Czarnej Mowie.   
   Mój kuzyn nie czekając ani chwili puścił się biegiem za nimi, a Tauriel pobiegła za nim. Prawie zniknęli mi z pola widzenia powalając jeszcze wrogów po drodze. Postanowiłam nie zostawać w tyle. Czym prędzej zeszłam z drzewa i pobiegłam za towarzyszami. Na całe szczęście, w biegu na krótkie i długie dystanse byłam równie dobra co w walce, toteż szybko ich dogoniłam. Omiotłam wzrokiem rzekę i zauważyłam krasnoludów płynących wartką wodą. Co chwila któryś z orków próbował ich zaatakować z brzegu, lecz albo zostawał przez nich zabity za pomocą jakiejś prymitywnej broni zabranej przeciwnikowi, albo padał od elfickich strzał.   
   Ja zaś zupełnie zatraciłam się w walce, jak to miałam w zwyczaju. Ani nie zwracałam uwagi na wyjątkowe pod względem zwinności bitewne wyczyny mego kuzyna, ani nie podziwiałam zaciekłości, z jaką walczyła Tauriel. Nie patrzyłam nawet na krasnoludów, którzy musieli radzić sobie nie tylko z orkami, lecz także z szybkim prądem rzeki. Istniałam tylko ja, mój łuk i wróg. Niemal nie kontrolując  tego, co robię, automatycznie biegłam i zabijałam jednego orka po drugim.Gdy zauważyłam, iż kończą mi się strzały, chwyciłam za sztylety i rzuciłam się na wrogów. Orków jednak było już niewiele – część umknęła dalej poza nasz zasięg, a reszta została wybita. Ze zręcznością udało mi się powalić kilku ostatnich. Został jednak jeszcze jeden, którego nie zauważyłam, gdyż zaszedł mnie od tyłu. Podbiegł niespodziewanie i cicho, po czym pchnął mnie z całej siły jakimś metalowym prętem. Zaskoczona upadłam na ziemię. Lekko zakręciło mi się w głowie. Rozejrzałam się nerwowo w poszukiwaniu towarzyszy, lecz nie było ich w pobliżu. Najwyraźniej zostali gdzieś w tyle. Ork nachylił się nade mną z mieczem o poszarpanej i ostrej krawędzi w ręku i wycelował go we mnie. Zrobiłam błyskawiczny unik, przetoczyłam się z metr w bok i podniosłam. Ostrze zaryło w ziemi, a ja rzuciłam się na orka z jego prawej strony i wbiłam mu sztylet w pierś. Zawył dziko, po czym osunął się na ziemię i znieruchomiał.
   Rozejrzałam się dookoła. Orków nigdzie nie było widać. Widocznie pobiegli za krasnoludami, które popłynęły z prądem. Zmartwiło mnie to nieco. Co będzie, jeśli dopadną ich znienacka? Przecież kompania nie miała nawet się czym bronić… I co się stało z rannym krasnoludem? Odrzuciłam jednak te pytania, gdyż miałam teraz co innego na głowie. Musiałam wrócić do pałacu.  
   Ruszyłam więc z powrotem. Po drodze nie spotkałam Tauriel ani Legolasa. Widać postanowili wrócić beze mnie. Zapewne zdawali teraz raport Thranduilowi. Pewnie będzie się zastanawiał, skąd orkowie nagle pojawili się na naszych ziemiach. Bynajmniej nie miałam ochoty na rozmowę, podczas której miałby wspominać znów coś na temat krasnoludów. Wczorajsza w zupełności mi wystarczyła, abym była zła na stryja.   
   Mimo to, gdy byłam już na miejscu, od razu udałam się do sali tronowej. Oczywiście zastałam tam całą trójkę. Król przechadzał się parę schodków poniżej tronu, gdzie stał także mój kuzyn i moja zastępczyni. Jednak nie byli sami.
   Pomiędzy nimi znajdował się jeden z orków, z którymi dziś walczyliśmy. Stał obok Legolasa, który trzymał mu miecz pod brodą. Podchodząc do nich, zmarszczyłam brwi. Kolejny więzień czy po prostu źródło informacji?
- Taka jest natura zła. Przy nieświadomości świata zalega i się rozprzestrzenia. Cień, który rośnie w ciemności, bezsenna złośliwość jak nadchodząca ściana nocy. Zawsze tak było. Zawsze tak będzie. Z czasem, wszystko co nieczyste się ujawni  – rzekł stryj.
   Gdy mnie zauważył, zdziwił się nieco. Podobnie jak jego towarzysze.
- Clarlien, stało się coś? Dlaczego nie wróciliście razem? – zapytał z troską, a zarazem naganą w głosie.
- Nic się nie stało, stryju. Po prostu… za bardzo ich wyprzedziłam. – Uśmiechnęłam się krzywo, po czym zerknęłam ze zdziwieniem w oczach na orka. – Nowy więzień?
   Król jednak tylko pokręcił lekko głową, po czym dał znak swemu synowi, aby ten przemówił.
- Ścigaliście kompanię trzynastu krasnoludów. Dlaczego? – wycedził Legolas do orka.
- Już nie trzynastu – ork zerknął na Tauriel. – Ten młody, ciemnowłosy łucznik dostał strzałą z Morgulu. Trucizna jest już w jego krwi, rychło go zmoże.
   Moja zastępczyni pozostała jednak niewzruszona i wysyczała tylko:
- Odpowiadaj, ścierwo!
- Nie odpowiadam psom, elfko! – Nasz „więzień” zaczął się szarpać.
   Na te słowa Tauriel błyskawicznym ruchem wyciągnęła sztylet.
- Nie drażniłbym jej – powiedział Legolas. Zaśmiałam się w duchu, gdyż zawsze bawiła mnie jej impulsywność okazywana w raczej zabraniających tego momentach.
- Lubisz zabijać, orku? – spytała z płonącymi oczami. – Lubisz śmierć? To ja ci ją zadam! – Tauriel rzuciła się na orka i niemal by go zabiła, lecz w ostatniej chwili powstrzymał ją głos króla.
- Dosyć! Tauriel, odejdź.Wyjdź stąd. – Thranduil posłał jej surowe spojrzenie.
   Oczywiście musiała się dostosować do rozkazu. Z gniewnym wyrazem twarzy odwróciła się i szybko zeszła po stopniach na dół. Ja zaś przyglądałam się temu w milczeniu.
- Nie dbam o jednego martwego krasnoluda. Odpowiedz na pytanie, nie masz się czego obawiać – rzekł stryj, a ja zmarszczyłam brwi. Chyba nie mówił tego na poważnie?! – Powiedz nam, co wiesz, a ja cię uwolnię.
- Mieliście ich zabić, dlaczego? – przemówił znów Legolas. – Czemu obchodzi was Thorin Dębowa Tarcza?
- Ten pokurcz nigdy nie będzie królem! – odparł z wściekłością ork. Te słowa wywołały u mnie przypływ gniewu, jednak nie dałam okazać tego po sobie.
- Królem? – Mój kuzyn wydawał się być zdziwiony taką odpowiedzią. – Nie ma króla pod Górą i nigdy nie będzie. Nikt nie śmie wejść do Ereboru póki smok żyje.
- Nic nie wiesz. Wasz świat spłonie.
- O ty czym mówisz?! Odpowiadaj! – Legolas niemal wykrzyczał te słowa.
- Nasz czas znów nastał. Mój pan służy Jedynemu. – O czym mówiło to ścierwo?! Czyżby chodziło o tajemniczego Czarnoksiężnika  z Dol Goldur? – Rozumiesz już teraz, elfie? Śmierć jest nad wami! Płomienie wojny są nad wami! – wycharczał ork, po czym zaczął się upiornie śmiać. Jego śmiech jednak urwał się niespodziewanie, gdy Thranduil niezmiernie szybko wyciągnął miecz z pochwy, po czym stojąc tyłem do nas zrobił ręką zamach i obciął mu głowę. Odczepiła się od reszty ciała i została w ręku Legolasa, który natychmiast odrzucił ją z obrzydzeniem. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że ledwo zdążyłam złapać oddech.
- Czemu to zrobiłeś? Obiecałeś go uwolnić – rzekł ze zdziwieniem na twarzy.
- I uwolniłem  – odpowiedział mu ojciec, podchodząc do nas i przydeptując butem drgające jeszcze ciało orka. – Uwolniłem jego głowę od żałosnych ramion.
- Mógł nam powiedzieć więcej. – Mój kuzyn, podobnie jak ja, nie wydawał się przekonany.
- Nie było nic więcej, co mógłby mi powiedzieć – odparł król.
- Co znaczyły te płomienie wojny? – dociekał jego syn.
- Sięgną po broń, która zniszczy wszystko na swojej drodze. – Thranduil zszedł kilka stopni w dół. – Podwoić straże na naszych granicach, wszystkich drogach i rzekach. Nikt nie wejdzie do królestwa, ani go nie opuści – powiedział do stojących nieopodal strażników, po czym spojrzał znów na nas. 

Rozdział 4

   Nie wiedziałam co powiedzieć. Stałam tylko i patrzyłam na Thorina, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i odezwać się pierwszy.
- Clarlien – rzekł dosyć pogodnym tonem i spojrzał mi w oczy. – Przyszłaś się przywitać?
   Uśmiechnęłam się lekko, lecz potrząsnęłam głową.
- Mogę wiedzieć, co tutaj robicie? – zapytałam prosto z mostu. Nie chciałam zwlekać.
- Najwyraźniej nas uwięziono – powiedział ponuro. – Czy nie widać?
- Ale dlaczego szliście przez Mroczną Puszczę? – Zmarszczyłam brwi. – To, że natraficie na nasz oddział było raczej do przewidzenia.
- To była jedyna droga – odparł krótko. – Może ty mi raczej powiesz, czemu cię nie było, kiedy nas złapano? Jesteś przecież dowódczynią straży – zerknął na mnie uważnie.
- Akurat wyjechałam do Rivendell – rzekłam. – Słyszałam, że tam gościliście.
   To była prawda. Podczas ostatniej wizyty w Imladris usłyszałam od Elronda, że ostatnio była u nich kompania Thorina. Postanowiłam jednak póki co nie zdradzać tego faktu stryjowi i zachować to dla siebie.
   Thorin pokiwał powoli głową.
- Wiesz co – powiedziałam – opowiedz mi o podróży. Podobno ścigali was orkowie.
- To dość długa historia. – Zmarszczył czoło.
- Ależ mamy jeszcze jakieś pół nocy – uśmiechnęłam się. Byłam niezwykle ciekawa,  co im się przytrafiło.
- Dobrze, zatem słuchaj – westchnął.
   Opowiedział mi wówczas o tym, jak to pewnego wieczoru spotkał w Bree Gandalfa Szarego i jak czarodziej nakazał mu odzyskanie ojczyzny. Niedługo potem zebrał swych trzynastu pobratymców i wyruszył do Shire, skąd mieli zabrać ze sobą pewnego niziołka. Bardzo mnie to zdziwiło, bowiem nigdy nie sądziłabym, iż właśnie hobbit nadawałby się na taką wyprawę. Jednak ten hobbit (na imię miał Bilbo) okazał się naprawdę wyjątkowy pod względem odwagi i sprytu. Wielokrotnie bowiem to właśnie on (gdy Gandalfa nie było w pobliżu) ratował kompanię w niebezpiecznych sytuacjach, m.in. w przypadku pojmania krasnoludów przez trolle czy pająki. Ocalił nawet życie Thorinowi. Nieszczęśliwie okazało się bowiem, iż Azog Plugawiec, rzekomo zabity w Morii, jednak żyje i poluje na krasnoludów. Ścigał ich od wyjścia z Rivendell. W końcu, wraz ze swymi orkami i wargami otoczyli kompanię (która właśnie ledwo umknęła przed goblinami) zmuszając ją do wejścia na drzewa. Thorin, jak to zwykle ujął się honorem i podjął się beznadziejnej walki z Bladym Orkiem, przez co zginąłby, gdyby nie niziołek. Cała kompania zresztą także skończyłaby marnie, gdyby nie orły, które ich zabrały. Udało im się uciec przed Azogiem, jednak nie na długo. Przeżyli tylko dlatego, iż udało im się schronić u Beorna (słyszałam, że jest to człowiek żyjący gdzieś niedaleko Mrocznej Puszczy, umiejący zamieniać się w ogromnego niedźwiedzia). A wszystko dzięki czarodziejowi. Jednakże Gandalf musiał ich opuścić. Zaraz potem kompania weszła do Mrocznej Puszczy, zgubiła się schodząc ze ścieżki, natrafiła na pająki i podczas walki z nimi została złapana przez naszą straż. Tak w skrócie przedstawiała się sytuacja.
   Słuchałam z uwagą, od czasu do czasu dając upust swemu zdumieniu, podziwowi lub irytacji. Gdy Thorin skończył mówić, spojrzał znów na mnie i rzekł:
- Uwolnij nas, Clarlien.
   Zerknęłam na niego zaskoczona. Nie sądziłam, iż będzie mnie prosił o coś takiego.
- Co? – zapytałam zdezorientowana. – Przecież wiesz, że nie mogę.
- Myślę, że możesz – powiedział zdecydowanie. – Dowiedz się, gdzie są klucze, weź je i zrób to. Masz wysokie stanowisko, posłuchają się ciebie – nalegał.
- Nie mogę – powtórzyłam z napięciem w głosie. – To nie tak, jak myślisz. Nawet jeżeli wezmę te klucze i was uwolnię, wszystko wyjdzie na jaw. Zrobiłabym to, ale gdyby Thranduil się o tym dowiedział (co nastąpiłoby zapewne szybko) straciłabym to, o co przez wiele lat zabiegałam.
Thorin wpatrywał się we mnie z nieco gniewnym spojrzeniem.
- Jego zaufanie? – zapytał z pogardą. – Czy wysokie stanowisko?
- I jedno, i drugie – spuściłam wzrok.
- Nie warto – odparł. – Nie warto tak się dla niego starać. On... nawet nie myśli racjonalnie – w jego głosie narastał gniew. – Przyjrzyj się tej sytuacji z innej strony. Nie dość, że pozostał obojętny na nasze dawne prośby o pomoc i po latach nas tu zamknął (a jak wiesz, nie zrobiliśmy mu nic złego), to jeszcze śmiał proponować mi jakieś żałosne układy. Że niby nas uwolni i nam pomoże... I to w zamian za co?! Za garść białych kamieni! – Thorin zbliżył się nieco do kraty ze wzburzonym wyrazem twarzy. Ja zaś tylko patrzyłam na niego z powagą. Miał rację, stryj przesadził. Nie bardzo jednak wiedziałam, co odpowiedzieć. – Jedyne na czym mu w życiu zależy, to te marne klejnoty!
- Posłuchaj, Thorinie – zaczęłam chłodno. – Zdaję sobie z tego sprawę, ale każdy z nas ma jakieś wady. To samo mogłabym powiedzieć o krasnoludach. Czy przypadkiem twój dziadek nie oszalał właśnie za sprawą bogactw?
- Nie jestem... – zaczął, a ja przewidziałam, co chce powiedzieć i przerwałam mu.
- Wiem – powiedziałam szybko. – Ale nie mogę nic poradzić w tej sytuacji, przykro mi – ucięłam i spojrzałam mu w oczy. Malowało się w nich rozczarowanie.
- Myślałem, że okażesz się bardziej lojalna temu, komu się zwierzasz niż temu, z którym nawet nie rozmawiasz swobodnie – rzekł, po czym usunął się w cień celi. – Widać się myliłem.
   Tego już było dla mnie za wiele. Czy on nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo byłam rozdarta?! Powinien był się domyślić. Bardzo bowiem chciałam ich uwolnić, lecz jednocześnie zależało mi też nie tyle co na zaufaniu stryja, co na zachowaniu mojego stanowiska. Byłam teraz całkowicie bezradna.
   Rzuciłam mu gniewne spojrzenie i wysyczałam:
- Zobaczę, co da się zrobić – nie czekając na reakcję, odwróciłam się na pięcie i odeszłam na górę.
   Pobiegłam szybko do swojej komnaty, nawet nie dbając o to, czy ktoś mnie widzi. W głowie rozbrzmiewały mi słowa usłyszane w ciągu ostatniej godziny.    
   Gdy dotarłam do pokoju, od razu rzuciłam się na łóżko. Mimo wewnętrznego wzburzenia, od razu udało mi się zasnąć, gdyż byłam bardzo zmęczona tym długim dniem. Tej nocy nie śniłam o niczym.
   Następnego dnia wstałam dosyć późno. Początkowo po przebudzeniu byłam odczułam coś w rodzaju radości z powodu nowego dnia, w którym wreszcie będę mogła wybrać się na spacer po naszym lesie. Zerknęłam w stronę mojego dużego okna. Świeciło słońce i było dosyć ciepło. Gdy wyjrzałam na zewnątrz, lekki wiatr rozwiewał mi włosy. Piękny, jesienny dzień.
   Zaraz jednak przypomniałam sobie wczorajsze wydarzenia i zdałam sobie sprawę, że ten dzień wcale nie przedstawia się tak kolorowo. Od razu popsuło mi to humor. Zamknęłam z trzaskiem okno, umyłam się i włożyłam na siebie mój strój bojowy (w jego skład wchodziły ciemnobrązowe skórzane spodnie, nieco jaśniejsze długie buty z podobnego materiału, ciemnozielony płaszcz oraz sztywna ochronna kamizelka z grubej skóry), który zakładałam niemal codziennie. Wzięłam też ze sobą łuk, kołczan i dwa sztylety wetknięte za pas, bowiem broń bardzo często przydawała się podczas moich wycieczek do lasu.
   Postanowiłam jak zwykle wymknąć się niepostrzeżenie. W tym celu nie poszłam do wspólnej jadalni, tylko zabrałam po drodze trochę prowiantu z kuchni.
   Gdy wyszłam z pałacu, nie wiedziałam, gdzie konkretnie się udać. Wiedziałam tylko, że potrzebuję jakiegoś ustronnego miejsca, aby obmyślić parę spraw. Przeszłam przez kamienny pomost łączący wrota królestwa z lasem, odeszłam w bok ze ścieżki i ruszyłam przed siebie. Nie bałam się, iż się zgubię, gdyż od dawna doskonale znałam każdą część lasu otaczającą pałac.
   Szłam szybkim krokiem przez jakąś godzinę. Otaczająca mnie Puszcza nie była tu jeszcze tak zniszczona i zdziczała jak na obrzeżach. Drzewa były tu wysokie i stare. Promienie słoneczne ledwo przedostawały się przez ich rozłożyste konary, teraz pokryte liśćmi w różnych odcieniach pomarańczy, złota i czerwieni. Pojedyncze plamki światła popołudniowego słońca tańczyły po ziemi. Wyglądało to naprawdę pięknie.
   Uwielbiałam jesień w Mrocznej Puszczy. Każdego roku nie mogłam się nadziwić pięknie przyrody o tej porze, dlatego tak często chodziłam na leśne wyprawy. Teraz jednak nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Miałam co innego na głowie.
   Zatrzymałam się na niewielkiej bezdrzewnej, pokrytej wyschniętą trawą polanie, którą przecinał wąski strumień. Uklękłam koło niego i zanurzyłam dłonie. Mimo, iż dzień był ciepły, woda była tak lodowata, że aż przeszedł mnie dreszcz. Jednakże odświeżyło mi to umysł. Usiadłam, oparłam się o duży ciemny kamień i sięgnęłam po prowiant. Spożywając suszone owoce, zaczęłam się zastanawiać jak wybrnąć z obecnej sytuacji. Nie miałam pojęcia, jak pomóc Thorinowi i jego kompanii, jednocześnie nie narażając się na gniew stryja i nie tracąc swego stanowiska. Albo jedno, albo drugie.
   Westchnęłam ciężko. Cóż mogłam zrobić? Jak na złość nic akurat nie przychodziło mi do głowy. Bardzo chciałam uwolnić krasnoludów. Nie wynikało to tylko z mojej przyjaźni z Thorinem, lecz również z słuszności tej wyprawy. Należało bowiem wreszcie rozwiązać sprawę ze smokiem. Thranduil chyba naprawdę nie rozumiał powagi sytuacji, skoro przedkładał chęć odzyskania swojej biżuterii ponad wspólne dobro... Zresztą, już jakiś czas temu spostrzegłam, że stryj, mimo, iż od czasu do czasu posyłał mnie na wyprawy zwiadowcze to i tak przestał interesować się tym, co działo się poza granicami naszego królestwa. Byłam na niego bardzo zła z tego powodu, ale póki co nie wyrażałam sprzeciwu. Nie chciałam ryzykować kary.
   Tak też było i teraz, choć w głębi ducha zaczęłam już obmyślać sposób, w jaki pomogę Thorinowi. Pomyślałam, że może w nocy, gdy nie będzie większości strażników, może rzeczywiście wezmę te klucze i potajemnie ich uwolnię. Jednakże, nie byłam przekonana co do tego planu.
   Siedziałam z głową podpartą rękoma i myślałam gorączkowo. Nagle coś sobie uświadomiłam. Było to niemal jak olśnienie. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam?! Przecież istniał jeszcze niziołek, który najprawdopodobniej nie trafił w ręce naszej straży, gdyż nie było go w lochach, a Thranduil nic o nim nie wspominał. Być może, przy odrobinie szczęścia, udałoby mi się odszukać owego hobbita. W ciągu jednego dnia nie mógł odejść daleko. Zresztą, skoro rzeczywiście był taki lojalny i sprytny, to możliwe, iż ukrywał się gdzieś koło królestwa i obmyślał już plan. Wpadłam na pomysł, że może uda mi się za jego pośrednictwem uwolnić kompanię.
   Wreszcie miałam jakiś w miarę sensowny plan. Teraz mogłam tylko mieć nadzieję, iż się powiedzie. Oznaczało to, że muszę jak najszybciej przystąpić do działania.Wstałam, otrzepałam płaszcz i ruszyłam marszem z powrotem.

   

poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 3

   Thorina poznałam jeszcze przed atakiem Smauga na Erebor, gdy Thror panował pod Górą. Był wówczas młodym, obiecującym księciem, który miał kiedyś przejąć władzę. Ja wówczas dorobiłam się już dość dawno stanowiska dowódczyni straży, przez co mogłam towarzyszyć Thranduilowi podczas wizyt w Ereborze. Po raz pierwszy zobaczyłam Samotną Górę, gdy stryj wybrać się oddać pokłon Throrowi. Było to nie lada wydarzenie, ponieważ Thranduil jako dumny i wyniosły władca nigdy wcześniej (a przynajmniej za moich czasów) nie kłaniał się przed nikim. Wszyscy jednak słyszeliśmy o potędze krasnoludów spod Góry i nawet stryj wiedział, jak potężnym władcą był Thror. Wszystko to sprawiło, że postanowił wybrać się do niego osobiście. Jak to zwykle postanowił zabrać ze sobą paru poddanych. Było wśród nich kilku najważniejszych członków straży, w tym ja i Legolas. Z chęcią wybrałam się w tę podróż, bowiem zawsze lubiłam poznawać nowe miejsca, a szczególnie znane królestwa Śródziemia.
   Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, od razu nie mogłam wyjść z podziwu dla potęgi krasnoludzkich budowli. Zarówno sama Góra, jak i leżące pod nią miasto Dale, a przede wszystkim ogrom Ereboru wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Bardzo malownicza wydała mi się Samotna Góra - pojedynczy pokryty śniegiem wierzchołek wśród płaskich terenów. Erebor - wielkie królestwo o masywnych, kamiennych, szmaragdowych ścianach z niezliczoną ilością sali i komnat, w których oczywiście nie brakowało wytworzonych przez plemię Durina pięknych przedmiotów. Ogromne kopalnie, z ciągnącymi się w głąb żyłami złota także wyglądały naprawdę niesamowicie. No i Dale - niezwykle urokliwe miasto o ciekawej architekturze z jasnego kamienia z niezliczoną ilością wąskich uliczek i zadbanych domów również budziło wrażenie.
    Nic więc dziwnego, iż byłam bardziej zachwycona tym wszystkim, co ujrzałam niż napełniona szacunkiem dla krasnoludzkiego władcy. Gdy poszliśmy oddać mu pokłon, moją uwagę przykuło coś jeszcze. Był to duży, biały kamień (zwany przez innych Arcyklejnotem) mieniący się jasnym blaskiem, umieszczony na ścianie nad tronem królewskim. Słyszałam, iż mówiono o nim "Serce Góry". Bez wątpienia była to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Nie dałam się jednak zwieść pięknie klejnotu i ukłoniłam się Throrowi wraz z innymi, tak jak nakazał mi stryj.
   Krasnoludzki władca niewątpliwie pasował do swego królestwa. W imponującej złotej zbroi, kunsztownym płaszczu i koronie wysadzanej drogimi kamieniami jego wygląd budził nie lada podziw. Nawet w jego długiej, posiwiałej brodzie widniały drogie klamry. Jednak w jego bystrym spojrzeniu widniało coś innego niż tylko wiekowa mądrość. Gdy ośmieliłam się spojrzeć mu na chwilę w oczy, zauważyłam w nich także coś na kształt chciwości. Jednak nie było co się temu dziwić, gdyż już dawno nauczono mnie, że krasnoludy takie właśnie są - chciwe, zarozumiałe i żądne bogactw. Jednakże, nigdy nie wierzyłam w ten stereotyp. Zazwyczaj bowiem, aby uwierzyć w prawdziwość opinii na jakiś temat, musiałam się o tym osobiście przekonać.
   Koło królewskiego tronu stało jeszcze kilku innych krasnoludów, w tym syn i wnuk króla (dowiedziałam się później, że  na imię mieli Thrain i Thorin). Thrain był równie dumnym krasnoludem, co jego ojciec. Od razu było to po nim widać. Zwracał także uwagę poprzez swój tatuaż na czole i nosie oraz brak jednego oka. Jednak moją uwagę przykuł nie on, lecz jego syn. Młody książę wyróżniał się bowiem wyjątkowo wysokim wzrostem jak na krasnoluda, szlachetną postawą i mądrym spojrzeniem. Choć zerknęłam na niego tylko przez chwilę, od razu to zauważyłam.
   Nigdy nie przypuściłabym, że będzie nam dane spotkać się jeszcze tego samego dnia. Jednak Thranduil chciał zostać jeszcze trochę, aby pomówić o czymś z Throrem na osobności. Postanowiłam więc, że wyjdę na zewnątrz, aby popatrzeć na Dale i pobyć trochę w samotności jak to miałam w zwyczaju. Udałam się więc do wyjścia, gdyż chciałam przespacerować się przed bramą główną. Gdy tylko wyszłam na most prowadzący do wrót Ereboru, zobaczyłam odwróconą do mnie tyłem niewysoką samotną postać stojącą na jego drugim końcu. Nie zważając na to, poszłam przed siebie. Gdy byłam już blisko, poznałam, że jest to ten sam książę, którego widziałam dziś koło tronu – Thorin. Zdałam sobie sprawę, iż jest to prawdziwa ironia losu, gdyż gdy oddawałam pokłon Throrowi, to on wydał mi się najnormalniejszy z całej tej rodziny, a nawet nieco intrygujący. A teraz poszłam, aby pobyć trochę sama i trafiłam tu na niego… No cóż, trzeba było wykorzystać tę okazję.
- Ogromne bogactwa – powiedziałam podchodząc do niego. Thorin drgnął i spojrzał na mnie zdumiony. Prawie się zaśmiałam, zapomniałam bowiem, iż po przejściu szkolenia na dowódczynię straży poruszałam się tak cicho, że tylko doświadczone uszy naszych wojowników były w stanie usłyszeć moje kroki. – Niezliczone ilości złota, kamieni szlachetnych i innych surowców, wielkie kopalnie i ta determinacja. Zawsze się zastanawiałam, co skłania krasnoludów do zagłębiania się coraz bardziej w dół. Teraz już chyba wiem. To po prostu czysta ciekawość tego, co tam znajdą – rzekłam z lekkim uśmiechem spoglądając mu w oczy.
- Z tego co wiem elfowie wolą piąć się w górę – odparł. Nie odwzajemnił uśmiechu, lecz w jego oczach zauważyłam coś na kształt zainteresowania.  – Prawda?
- Zależy, o jakich elfów pytasz. My w Leśnym Królestwie także mamy podziemne pomieszczenia i korytarze. –Spojrzałam przed siebie. Była noc, z zachodu wiał lekki wiatr. W oddali malowało się Dale, mnóstwo porozrzucanych  jasnych plamek na tle ciemnej ściany nocy. Było dosyć jasno, bowiem wiele gwiazd rozświetlało niebo swym blaskiem.
- O tym nie słyszałem. – Wydawał się być zaciekawiony rozmową. Zerknął na mnie.  – Jesteś rodziną Thranduila?
- Jestem jego bratanicą .– Odpowiedziałam z cieniem dumy w głosie. Cóż, gdy dorastałam zawsze powtarzano mi, iż powinna się chlubić tym faktem, przez co tak mi już zostało. – I przy okazji dowódczynią jego straży. – Przyjrzał mi się uważniej. – Na imię mi Clarlien, a ty jesteś Thorin, wnuk Thora. – Na te ostatnie słowa skinął głową.
- Cóż, czyli oboje mamy w sobie krew królewską. – Zamyślił się. – Czemu do mnie podeszłaś? – Spytał nagle. –  Nasze rasy od dawna za sobą nie przepadają. – Mimo tego co powiedział, w jego głosie nie było słychać niechęci. Westchnęłam na te słowa. Choć w sumie nie miałam się co dziwić. Skoro niechęć do krasnoludów była głęboko zakorzeniona nawet wśród najmądrzejszych elfów, czemu w przypadku ich plemienia miałoby być inaczej?
- Nie jestem taka jak pozostali elfowie. – Gdy to powiedziałam, na jego twarzy odmalowało się wyraźne zdziwienie. – To znaczy… łączy mnie z nimi wiele rzeczy. Jednak nie ma i nigdy nie było wśród nich niechęci do krasnoludów. Nie rozumiem, dlaczego nasze plemienia niezbyt się lubią. Ja nic do was nie mam. – Rzekłam. Uświadomiłam sobie wówczas, że pierwszy raz od czasu odejścia mojej matki rozmawiam z kimś tak swobodnie. Można powiedzieć, że było to nawet zwierzanie się. – Podeszłam do ciebie, bo… Właściwie to sama nie wiem czemu. Może dlatego, iż od dawna (a żyję już na tym świecie znacznie dłużej, niż myślisz) nikomu się nie zwierzałam. I bardziej wolę zrobić to przed nieznajomym niż przed kimś, kto zna mnie od tysiąca lat. – Thorin słuchał mnie uważnie. Po co ja mu to wszystko mówiłam? – I nigdy nie doświadczyłam prawdziwej przyjaźni. – Gdy wypowiedziałam to ostatnie zdanie, zdałam sobie sprawę, iż powiedziałam zbyt wiele. Zamknęłam szybko usta, jednak było już za późno.
   On jednak potraktował mą wypowiedź niezwykle poważnie. Spojrzał mi w oczy i rzekł:
- Obiecuję, że postaram się, abyś dowiedziała się, jak to jest mieć przyjaciela.
   Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wymamrotałam więc tylko:
- Ależ doprawdy… Nie trzeba… - Potrafiłam jedynie stać i patrzeć się w czubki swoich skórzanych butów. Kompletnie odebrało mi mowę.
   On zaś uśmiechnął się tylko, po czym utkwił spojrzenie w pogrążonym we śnie Dale. I ja zerknęłam w tamtym kierunku. Staliśmy tak przez parę minut w milczeniu. W końcu jednak cisza została przerwana, gdy wrota się otworzyły i pojawił się w nich Legolas informujący mnie o tym, że stryj wzywa mnie do siebie i każe szykować się do drogi powrotnej. Na widok mnie obok krasnoluda zdziwił się nieco, ale nic nie powiedział. Miałam już odejść bez słowa i zapomnieć o całej tej rozmowie (odtrącanie wszelkich prób zawarcia bliższych znajomości ze strony innych weszło mi już w krew wieki temu), gdy Thorin jeszcze raz zerknął na mnie i powiedział:
- Pamiętaj, że zawsze będziesz mile widziana w Ereborze.
   O mało się nie zarumieniłam. Nie patrząc na niego skinęłam tylko głową i szybkim krokiem udałam się do drzwi. Gdy byłam już w środku z ulgą zamknęłam za sobą wrota. Jednak prócz ulgi czułam również żal, ponieważ właśnie zakończyła się moja pierwsza od wieków szczera rozmowa. Kto by pomyślał, że przeprowadzę ją z krasnoludem. Nie sądziłam też wówczas, że ten wieczór będzie początkiem pierwszej i jedynej w mym życiu przyjaźni. A jednak takim się stał.
   Po powrocie do Mrocznej Puszczy nic się we mnie nie zmieniło. Nadal byłam taka jak wcześniej, choć w głębi ducha ciągnęło mnie do Ereboru. Trwało to może z pół roku. Po sześciu miesiącach nie wytrzymałam i w tajemnicy przed Thranduilem udałam się znów pod Samotną Górę. 
   Thorin przywitał  mnie z zaskoczeniem i chyba zadowoleniem, że jednak zdecydowałam się przyjechać. Tym razem niemal cały mój krótki czas spędzony w Ereborze minął nam na rozmowach.
   Od tej pory odwiedzałam go tak kilka razy w roku. Co najmniej dwa razy moja wizyta odbyła się w towarzystwie  stryja, który znów chciał pomówić z Throrem. Niedługo potem wyszła na jaw afera, w której podobno elfowie zostali oszukani w sprawie zamówionych klejnotów. Według krasnoludów było zupełnie inaczej. Nie wpłynęła ona jednak na nasze relacje z Thorinem. Naprawdę staliśmy się przyjaciółmi. Na krótki czas przed napadem Smauga na Erebor zaczął mi się nawet zwierzać z obaw dotyczących Throra i jego wielkiej miłości do złota. Gdy jego dziadek całkowicie oszalał, nawet ja się zaniepokoiłam. Mogło to bowiem ściągnąć na Samotną Górę jakieś nieszczęście. Niestety nie mogłam wspomnieć nic o tej sprawie stryjowi, ponieważ zdziwiłby się, skąd tyle wiem o krasnoludach. Gdyby prawda wyszła na jaw, z pewnością zakazałby mi odwiedzać Erebor. 
   Czas mijał mi wówczas znacznie przyjemniej. Nareszcie miałam kogoś, z kim mogłam szczerze rozmawiać. Kogoś, komu wyjawiłam znaczną część swoich zmartwień i od kogo zawsze mogłam liczyć na radę. Podczas mych spotkań z Thorinem dowiedziałam się dosyć dużo na temat historii plemienia Durina. Było to bardzo ciekawe, a w dodatku pomogło mi lepiej poznać i zrozumieć krasnoludów.
   Niestety, ten przyjemny okres w mym życiu trwał zaledwie niecałe dwie dekady. Po upływie niecałych dwudziestu lat odkąd się poznaliśmy, nadszedł dzień, gdy Smaug przybył pod Samotną Górę siejąc spustoszenie. Na domiar złego Thranduil zdecydował się nie podejmować żadnych działań w celu pomocy wypędzonym przez smoka krasnoludom. Bardzo mnie to zdziwiło, gdyż wcześniej przecież nie okazywał jakiejś wyjątkowej niechęci do Throra. Wspominał coś tylko o tym, iż król spod Góry powinien powściągnąć swą miłość do złota, gdyż może się to źle skończyć. Dopiero spór o białe kamienie popsuł jego opinię co do krasnoludów.
    Pamiętałam, jak wraz z całym odziałem naszych wojowników udaliśmy się owego dnia pod Samotną Górę i jak ustawieni w szyku bojowym staliśmy powyżej doliny, w której leżało Dale i czekaliśmy na rozkazy stryja. Byłam wówczas całkowicie przygotowana na walkę, bardzo trudną walkę z samym smokiem. Jednakże, Thranduil tylko patrzył na płonące Dale i uciekających spod Góry krasnoludów. Dawniej piękne miasto teraz płonęło, wszędzie był tylko dym i ogień, a część wznoszących się w oddali murów Ereboru została zburzona.
   Przyglądałam się temu z żalem i zniecierpliwieniem zarazem. Byłam bowiem całkowicie przerażona wielkością poniesionych tego dnia strat i jak zwykle zdeterminowana do walki. Thranduil jednak nie wyglądał na przejętego sytuacją. W końcu odwrócił się i skierował swego wierzchowca do nas z powrotem. Ignorując dochodzące z oddali wołania o pomoc, oznajmił nam, iż nie będziemy dziś walczyć. Nasz wojska wyglądały na nieco zdziwione zmianą zdania przez króla, lecz nikt się nie sprzeciwił. Nikt, oprócz mnie.
   Zupełnie oniemiałam ze zdumienia i złości. Co on wyprawiał?! Przecież zawsze wspieraliśmy innych w takich sytuacjach. Dlaczego tym razem postanowił nic nie zrobić?!
   Gdy tylko król ruszył, aby wraz z całym woskiem zawrócić, natychmiast podjechałam do niego. Rzuciłam mu pełne wściekłości i wyrzutów spojrzenie.
- Co robisz, panie?!– Niemal krzyczałam. – Jak możesz być tak obojętny na ich... – tu obejrzałam się za siebie i rzuciłam szybkie spojrzenie na płonące Dale – ... krzywdę?!
   Thranduil zmarszczył brwi i także spojrzał na mnie z gniewem. Jednak, gdy się odezwał jego głos był chłodny i spokojny.
- Nie będę narażał naszych wojsk, tylko dlatego, iż Thror nie potrafił opanować swej chciwości. Gdyby mnie słuchał,  nie doszłoby do tego – rzekł. -  Jak to mówią: jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.
- Ale... To nie ich wina, że ich władca oszalał! – Zawołałam tracąc nadzieję, że uda mi się przekonać stryja do zmiany zdania.
- Nic na to nie poradzę – odparł wyniośle, po czym zatrzymał swego łosia, przechylił się w moim kierunku i złapał mnie za ramię. Zmarszczyłam brwi i odsunęłam się nieco. – Twierdzisz, że masz słuszność, ale choć jesteś utalentowana w boju, masz niewielkie pojęcie na temat otaczającego nas świata – powiedział, a ja zerknęłam na niego oburzona. – Chciałabyś walczyć, pomóc im, a tak naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, że na to nie zasługują. Może za wiele lat to zrozumiesz i przyznasz mi rację.
   Wyrwałam mu się i zaczęłam zastanawiać, czy nie poprosić mojego oddziału, aby złamali rozkaz króla i poszli ze mną pomóc krasnoludom. Chciałam już ruszyć, gdy stryj rzekł do mnie coś jeszcze.
- Cokolwiek chcesz uczynić, pamiętaj, że robię to dla naszego dobra – zerknęłam na niego krzywiąc się. – Uszanuj pamięć ojca, Clarlien – dodał, po czym odwrócił się i ruszył podążając za naszymi wojskami.
   Te słowa zbiły mnie całkowicie z tropu. Thranduil wiedział, jak trafić w mój słaby punkt. Zdałam sobie wówczas sprawę, iż choć próbowałabym przekonać straż do złamania rozkazu króla to i tak będą mu wierni i tego nie zrobią.
   Ruszyłam więc za pozostałymi i bijąc się z myślami, wróciłam do Leśnego Królestwa. Stryj najwyraźniej zapomniał potem o całej sprawie, gdyż nie wspominał więc nic na temat mojego chwilowego nieposłuszeństwa. W końcu osiągnął, co chciał.
   Mimo nieszczęścia, które spotkało plemię Durina, moja przyjaźń z Thorinem nie została zerwana. Po pewnym czasie od dnia napaści Smauga, dostałam wiadomość od zaufanych osób, iż krasnoludy z Ereboru po utraceniu swej ojczyzny osiedliły się w Górach Błękitnych. Gdy się o tym dowiedziałam, od razu udałam się we wskazane miejsce. Oczywiście jak zwykle zadbałam o to, aby stryj o niczym nie wiedział.
   Odnalazłam Thorina i pozostałych. Ich nowa siedziba okazała się całkiem przyjemnym miejscem położonym wśród gór. Gdy się z nim spotkałam, opowiedział mi szczegółowo o spustoszeniach dokonanych przez smoka i o tym, co spotkało ich potem. Dowiedziałam się, że zanim się tu osiedli musieli pracować w kuźniach w ludzkich wioskach, aby zarobić na życie. Jeszcze niedawno potężne plemię Durina musiało tułać się teraz po świecie.
   Thorin nie próbował ukryć urazy wobec elfów. Zauważyłam nawet, iż ostatnie poczynanie Thranduila zakorzeniło w nim jawną nienawiść do naszego narodu.
   Na szczęście nie miał wobec mnie pretensji, gdy wyjaśniłam mu, że ja sama  również byłam zaskoczona i oburzona zachowaniem stryja. Zaproponowałam mu, że przekażę im trochę złota, dopóki nie dorobią się jakiegoś większego majątku po utracie bogactw. Thorin jednak stanowczo odmówił. Jak zwykle, jego honor nie pozwalał mu na coś podobnego. Westchnęłam więc tylko i zapewniłam, że zawsze może liczyć na moją pomoc. Powiedziałam też, że żałuję tego, co zaszło pomiędzy naszymi rasami. On zaś nic na to nie odpowiedział. Posiedzieliśmy więc jeszcze chwilę rozmawiając, po czym udałam się w drogę powrotną.
   Tak upływały kolejne lata. Moje wizyty w Górach Błękitnych stawały się z czasem coraz rzadsze. Bywałam tam zwykle raz na rok, czasem nawet raz na dwa lata. Podczas jednej z nich wizyt dowiedziałam się o stoczonej w Morii bitwie oraz  o śmierci Throra, a także zaginięciu jego syna, Thraina. Usłyszałam o od Thorina cały przebieg bitwy i tego, co wydarzyło się potem. Zyskał on wówczas nie tylko przydomek „Dębowa Tarcza”, lecz także jeszcze większy szacunek swych pobratymców, gdyż zaczęto traktować go jak króla.
   Przez wiele lat niepokoił się on losem swego ojca, który odszedł i nie wrócił (podobnie jak mój ojciec – była to kolejna łącząca nas rzecz), jednocześnie pamiętając krzywdy swego ludu wyrządzone przez smoka. Mimo, iż całkiem nieźle powodziło im się wówczas w nowej siedzibie, zdawał sobie sprawę ze spoczywającego na nim obowiązku odzyskania ojczyzny. Choć mu to odradzałam, pozostawał nieugięty.
   Ponad rok temu otrzymałam od niego wiadomość, z której wynikało, że jest gotów odzyskać utracone królestwo i wraz z pomocą Gandalfa Szarego i kilkunastu innych krasnoludów wyrusza niebawem na wyprawę. Postanowiłam, iż spotkam się z nim jeszcze zanim ruszą, aby powiedzieć, żeby nie szli przez Mroczną Puszczę (wolałam bowiem, aby nie mieli styczności z nieprzewidywalnym Thranduilem). Udałam się więc w Góry Błękitne, jednak nie zastałam tam Thorina, ani nikogo znajomego. Najwyraźniej nie chcieli zwlekać.
   Dałam więc sobie spokój i wróciłam do Leśnego Królestwa z nadzieją, iż będą na tyle mądrzy, że nie zbliżą się zbytnio do naszych terenów. Najwyraźniej jednak się myliłam. 
                


środa, 4 marca 2015

Rozdział 2

- Witaj, stryju - stanęłam przed nim i ukłoniłam się.
- O, Clarlien - powiedział z lekkim uśmiechem jednocześnie stając w miejscu. Wyglądało na to, że dopiero teraz zauważył, że w ogóle weszłam. - Jak podróż? Co słychać u twoich krewnych w Rivendell?
- Dobrze, dziękuję. Wszystko u nich w porządku - odparłam. Czy tylko mi się wydawało, czy Thranduil był jakiś roztargniony?
Milczałam chwilę. Po chwili król znów się odezwał:
- Masz mi coś do przekazania?
Przytaknęłam. Niemal zapomniałabym o najważniejszym.
- Jakiś czas temu odbyło się zebranie Białej Rady. Elrond kazał ci przekazać, że w Dol Guldur znaleziono jakiś miecz z zamierzchłych czasów, prawdopodobnie pochodzący z grobu króla Angmaru, jednego z Dziewięciu - po tych słowach zaczął słuchać mnie z niezwykłą uwagą. - Nie ma jednak pewności co do pochodzenia tego ostrza. Gandalf Szary twierdzi również, że w Dol Guldur zamieszkał jakiś czarnoksiężnik, potrafiący nawet przyzywać umarłych. Jednak to również jest wątpliwą kwestią - tu zamilkłam na moment, po czym znów się odezwałam - myślisz, że to jakaś potężniejsza moc? Czy to możliwe, że znów będzie wojna?
- Oczywiście, że nie - powiedział Thranduil, po czym skierował się w moją stronę - zresztą sama wiesz, że od wieków cieszymy się pokojem i nic nie wskazuje na to, aby miało być inaczej. Zresztą niech czarodzieje sami rozwiązują tę zagadkę. Nie nasza w tym głowa. Aktualnie mamy inne zmartwienia - po tych słowach zmarszczył brwi. O co mu chodziło?
- Jak to? - zdziwiłam się. - Znowu chodzi o te pająki z Dol Guldur? Zajmiemy się tym jak tylko... - nagle król wszedł mi w słowo.
- Coś gorszego. Sprawą pająków zajęli się już Tauriel z Legolasem - Tauriel od niedawna była moją zastępczynią. Jej zadaniem było dowodzenie strażą pod moją nieobecność. Lubiłam ją, lecz nie potrafiłyśmy się ze sobą dogadać ze względu na różnicę charakterów. Jednakże jej zdolności bitewne były porównywalne do moich, przez co czasem lubiłyśmy ze sobą rywalizować. Mimo wszystko, ze względu na jej młody wiek, to ja miałam więcej obowiązków wyznaczonych przez króla. - Jednak podczas walki nasz odział natrafił w lesie na grupę trzynastu krasnoludów dowodzonych przez Thorina Dębową Tarczę - gdy Thranduil wymówił to imię, aż znieruchomiałam ze zdziwienia. Znałam bowiem Thorina od wielu lat i był on ostatnią osobą, którą spodziewałam się ujrzeć w Mrocznej Puszczy. - Tak jak sądziłem, najwyraźniej po latach zdecydowali się odzyskać Erebor. Lepiej, abyś nie znała celu tej wyprawy, bowiem jest on bardzo niecny według mnie. Przesłuchałem go, co było tylko stratą czasu - powiedział z pogardą w głosie. Ja zaś słuchałam w milczeniu i z zainteresowaniem, choć w środku aż we mnie kipiało. - Nie chciał słyszeć o żadnych układach, awanturował się i zepsuł mi jedynie nerwy. Zresztą, co ja ci będę mówił o krasnoludach. Dobrze wiesz, jakie są - mówiąc to skrzywił się. Ja zaś czułam, jak narasta we mnie irytacja. - Mam nadzieję, że siedząc sobie w tych lochach prędko zrozumieją swoje błędy i pójdą na moje warunki - gdy to powiedział, na jego ustach zagościł złośliwy uśmieszek.
Postanowiłam nie dać nic po sobie poznać, gdy odezwałam się pozornie spokojnym głosem:
- Zamknąłeś ich w lochach? Czemu po prostu nie puściłeś ich wolno? Jedno z was powinno być mądrzejsze.
Na te słowa król przybrał gniewny wyraz twarzy.
- Uwolnić?! Jak śmiesz podsuwać mi tak bezsensowne rozwiązania, Clarlien?! Czy nie pamiętasz, jak mnie oszukano? Jak nie otrzymałem klejnotów, za które im zapłaciłem? - a więc o to chodziło. Białe kamienie były dla Thranduila aż tak ważne, że postanowił się o nie targować. A że zapewne Thorin nie zapomniał tego, jak po ataku Smauga elfowie nie pomogli krasnoludom, nie poszedł na układ z Thranduilem, przez co on zamknął ich w lochach. Na miejscu stryja nigdy nie zrobiłabym czegoś podobnego z powodu biżuterii, lecz teraz wolałam udać, że się z nim zgadzam, aby nie wzbudzać jego podejrzliwości i gniewu.
- Przepraszam, stryju. Masz rację, zostaliśmy oszukani. Nie martw się, na pewno przystaną na twoje warunki - powiedziałam ugodowych głosem i zaczęłam kierować się do wyjścia.
- Prędzej czy później na pewno się złamią, bo choć plemię to chciwe i zawzięte, to nie mają przed sobą wieczności w przeciwieństwie do nas - znów uśmiechnął się chytrze, po czym spojrzał na mnie. - Idź już, pewnie jesteś zmęczona po podróży.
  Skinęłam głową na pożegnanie, po czym udałam się do swojej komnaty. Miał rację, byłam zmęczona. Wiedziałam jednak, że nie zasnę. Nie po tym, co dziś usłyszałam. Prawda była taka, że byłam niebywale zła na stryja. Nigdy nie postąpiłabym tak jak on. Czyżby pożądanie tych klejnotów wzięło u niego górę nad rozsądkiem? Nie dość, że nie przyszedł z pomocą krasnoludom, gdy smok odebrał im Samotną Górę (Pamiętałam, jak w dniu napaści Smauga byłam gotowa na kolejną bitwę, nawet z samym smokiem, ale dostałam całkowity zakaz od króla na podejmowanie jakichkolwiek działań. Najgorsze jednak było to, że nie podjął się on także niczego w celu pomocy wypędzonym z Ereboru krasnoludom. Gdy spytałam go, dlaczego tak postąpił, odpowiedział tylko, że "wymierzył sprawiedliwość", dając mi wyraźnie do zrozumienia, abym nie poruszała więcej tego tematu. Od tego czasu milczałam w tej sprawie, chociaż nigdy nie podzielałam żywionej przez naszych pobratymców pogardy do krasnoludów.) to jeszcze teraz zamknął ich w lochach. Siedziałam tak przez dobrą godzinę i rozmyślałam nad tym wszystkim. W końcu pomyślałam, że może uda mi się pójść do miejsca, gdzie znajdywały się cele i niepostrzeżenie porozmawiać z Thorinem.
  Wstałam więc, wyszłam z pokoju i skierowałam się w stronę celi. Ponieważ było już późno, po drodze szczęśliwie nie natrafiłam na żadnych strażników. Byłam już na podwyższeniu, z którego było widać było miejsce, gdzie zawsze trzymaliśmy więźniów. Już miałam tam zejść, gdy nagle usłyszałam jakieś kroki i szmer rozmowy na dole. Zatrzymałam się i nasłuchiwałam. Z początku wydawało mi się, że to po prostu krasnoludy rozmawiają ze sobą pomiędzy sobą, ale nagle usłyszałam znajomy głos. Gdy wytężyłam wzrok, spostrzegłam przy jednej z cel stojącą szczupłą postać z rudymi włosami. Tauriel. Tylko co ona tutaj robiła? Rozmawiała z jednym z więźniów? Ciekawe. Usiłowałam usłyszeć słowa rozmowy, ale szum płynącej w dole wody wszystko zagłuszał. Stałam więc tylko i zastanawiałam się co dalej. Jednak, po około kwadransie, zauważyłam, że Tauriel odwraca się i skręca w boczny korytarz. Gdy nie pojawiła się na dole przez kolejne pięć minut, uznałam, że droga wolna. Rozejrzałam się raz jeszcze, czy nikogo nie ma w pobliżu i zaczęłam schodzić po schodach na dół. Zastanawiałam się, czy będę mieć trochę szczęścia i uda mi się z nim porozmawiać. Byłam zaniepokojona całą tą sytuacją, ponieważ gdyby ktoś dowiedział się, co zamierzam, miałabym niezłe kłopoty. Mogłam więc tylko nadzieję, że mój plan się powiedzie.
   Gdy byłam już na dole, szum płynącej wody stał się nieco głośniejszy, a powietrze bardziej rześkie. Z zawieszonych na ścianie lamp sączyło się przytłumione światło. Ściany i podłogi wykonane były z kamienia o lekko błyszczącej powierzchni. "Całkiem przyjemne miejsce jak na więzienie" - pomyślałam. Rzadko tutaj bywałam, bowiem nigdy wcześniej, odkąd sięgałam pamięcią, nie mieliśmy więźniów. Gdy sobie to uświadomiłam, zmarszczyłam brwi. Był to kolejny dowód na to, że Thranduil się zmienił. I to wcale nie na lepsze. Nie żebym jakoś się zamartwiała jego postępowaniem, ale obawiałam się, że może to niekorzystnie wpłynąć na królestwo. Ale dlaczego ja w ogóle martwiłam się o nasz naród? To chyba należało raczej do króla i jego syna, nie do mnie. Ja miałam tylko dowodzić strażą. Idąc w kierunku najbliższej celi, starałam się wyrzucić z siebie moją troskę o pobratymców. Teraz miałam co innego na głowie. Najciszej jak umiałam, zbliżyłam się do kraty i stojąc w odległości mniej więcej dwóch metrów od niej, popatrzyłam do środka.
   Wewnątrz celi ujrzałam siedzącego na pryczy i opartego o ścianę, niskiego krasnoluda o siwych włosach i długiej brodzie, ubranego w buty ze spiczastymi noskami, bordowe spodnie i podobną tunikę. Wydawało mi się, że już go gdzieś kiedyś widziałam. Szybko omiotłam go wzrokiem. Musiał spać albo mieć przymknięte oczy, ponieważ mnie nie zauważył. Szybko skierowałam się do kolejnej najbliższej celi. Gdy sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie i znów natrafiłam na nieznajomego, skierowałam się do kolejnej celi i do kolejnej. Usiłowałam sobie przypomnieć, jaką liczbę podał Thranduil, gdy mówił o więźniach. Ilu ich było? Trzynastu? Zaśmiałam się w duchu. No już więcej ich być nie mogło... Aby sprawdzić każdego z nich, musiałam przejrzeć wszystkie niemal cele leżące nieco niżej. Jeżeli chciałam zajrzeć do każdej, musiałam przejść przez wąski kamienny most nad przepaścią ze strumieniem płynącym w dole. Wyglądało to naprawdę malowniczo, ale nie miałam teraz czasu tego podziwiać. Dobrze, że wiele lat temu nauczyłam się chodzić bezszelestnie. Miałam też szczęście, że żaden z więźniów mnie nie zauważył. Chociaż w sumie nic dziwnego, w końcu był środek nocy. Zapewne posnęli. Tym lepiej dla mnie - jeśli miałam rozmawiać z Thorinem, wolałam zrobić to bez obecności świadków.
   Gdy podeszłam do kraty, przy której wcześniej zauważyłam Tauriel, zauważyłam siedzącego za nią wyjątkowo urodziwego krasnoluda. Był wyższy od pozostałych, miał ładne, ciemne włosy, a zamiast brody tylko lekki zarost. Czyżby jego uroda przyciągnęła moją zastępczynię? Niemal uśmiechnęłam się na myśl, że w Leśnym Królestwie znalazłby się ktoś, kto podobnie jak ja nie żywi urazy do krasnoludów i jest w stanie zawierać z nimi znajomości. Moje zaskoczenie jednak zostało zaraz wyparte przez narastającą we mnie irytację. Zajrzałam już bowiem do dwunastu celi i w żadnej nie było Thorina. Czy Thranduil umieścił go gdzie indziej? Była jednak jeszcze jedna niesprawdzona przeze mnie cela naprzeciwko tej, do której zajrzałam na początku, oddalona o trochę większą odległość od pozostałych. Gdy ją spostrzegłam, natychmiast szybkim krokiem ruszyłam w jej kierunku.
   Mimo panującego tu półmroku od razu go zobaczyłam. Siedział w cieniu pod ścianą, ze spuszczonym wzrokiem. Pewnie by mnie nie zauważył, gdyby nie to, iż w pośpiechu zapomniałam o tym, by poruszać się po cichu i teraz doszłam do kraty z głośnym szuraniem butów o szorstką posadzkę. Zerknęłam na niego rozbieganym wzrokiem. Choć był ubrany podobnie jak reszta kompanii (przypuszczałam, że straż wraz z bronią pozabierała im również płaszcze), jak zwykle prezentował się bardziej wytwornie. Na jego dłoni lśnił ten sam rodzinny pierścień, który widziałam u niego już wiele lat temu. Musiałam przyznać, że nawet tu i teraz, siedząc w lochu, budził respekt swą postawą. Gdy spojrzał na mnie, w jego oczach nie widziałam zbytniego zaskoczenia, że mnie tu widzi. Malowało się w nich jedynie lekkie zdezorientowanie, a także coś na kształt radości. Niemal się uśmiechnął.                    
   Ja zaś stałam w miejscu i nie wiedzieć dlaczego, kompletnie nie wiedziałam co powiedzieć. Być może jego wrodzona mądrość i charyzma tak na mnie działały. Weź się w garść, nakazałam sobie. Przecież przyszłam tu w konkretnym celu. Jednak przez ponad minutę nie mogłam wydobyć z siebie ani słowa. A przecież znaliśmy się już od dobrych stu lat i nie widzieliśmy się zaledwie półtora roku.


wtorek, 17 lutego 2015

Rozdział 1

   To był słoneczny, jesienny dzień. Wracając do domu mogłam podziwiać potęgę Mrocznej Puszczy. Przyglądałam się promieniom słońca tańczącym w koronach drzew i słuchałam odgłosów przyrody, co jak zwykle mnie uspakajało i wyciszało. Muszę przyznać, że gdy jeździłam tak samotnie po lesie, nie doskwierała mi samotność. Najwyraźniej, po około tysiącu lat życia przywykłam do tego, że jestem zdana tylko na siebie. Tak niegdyś powiedziała mi matka. Dziwiłam się, gdy mi to mówiła. Wiedziałam bowiem, że zanim poznała ojca, miała wielu przyjaciół w swym rodzinnym Rivendell. Nic dziwnego, ponieważ od zawsze była inteligentna, pomocna, empatyczna i miła dla wszystkich – ot, prawdziwa dusza towarzystwa. W dodatku potrafiła urzec każdego swą grą na harfie. W jej młodości uważano ją za bardzo utalentowaną, obiecującą elfkę. Nawet sam lord Elrond był nią zafascynowany. Niestety, nie nacieszono się nią w Imladris dłużej niż przez niecałe dwa stulecia, bowiem poznała ojca, zakochali się w sobie i niedługo potem wyszła za mąż jednocześnie przenosząc się wraz z nim do Mrocznej Puszczy. Co do ojca, to był on istnym ideałem.  Młodszy brat  i zarazem zastępca króla Thranduila, przystojny, odważny, mądry, szlachetny i waleczny – zawsze bowiem aż rwał się do udziału w bitwach. Nic dziwnego, że matka od razu go pokochała.
   Gdy się urodziłam, wszyscy byli pewni, że z charakteru wdam się w matkę, ponieważ byłam niesamowicie do niej podobna z wyglądu. Jednak, kiedy podrosłam okazałam się raczej taka jak ojciec. Już od dziecka ciągnęło mnie do walki. Wszyscy jednak uznali, że jako bratanica króla nie muszę zaprzątać sobie tym głowy. Moje prośby o naukę umiejętności walki zostały od razu zbyte. Zamiast tego uczono mnie gry na lutni, języków oraz historii Śródziemia. W tym celu często podróżowałyśmy z matką do Rivendell, gdzie byłam nauczana przez Elfy Wysokiego Rodu.  Wszędzie traktowano mnie jak jakąś rozrywkę, twierdzono bowiem, że „tak uroczego dziecka dawno nie widziano”. Był to jeden z powodów, dla których jeszcze bardziej chciałam zmienić tryb życia. Jednak zarówno rodzice, jak i nawet sam Thranduil byli nieugięci i chcieli, abym była artystką tak jak matka. Mijały lata. Dorosłam i częściowo pogodziłam się już z tym, że nie zostanę wojowniczką. Języki i historię Śródziemia miałam już opanowane niemal do perfekcji. Coraz częściej byłam zapraszana na uczty i mogłam brać udział w oficjalnych spotkaniach i naradach w Mrocznej Puszczy. Zaczęłam się więc interesować tym, co się dzieje na świecie. Jednak, choć dopuszczano mnie już do głosu, to nie mogłam o niczym decydować.
   Mimo, że byłam powszechnie lubiana w Leśnym Królestwie, nie miałam bliższych przyjaciół. Zawsze byłam zbyt zajęta nauką. Gdy jeszcze byłam nastolatką, rodzice chcieli, abym uczyła się od mojego kuzyna, Legolasa. Ja jednak stanowczo odmówiłam, ponieważ, mimo wymienianych oficjalnych uprzejmości, po prostu za nim nie przepadałam. Choć dla wielu elfic mógłby wydawać się ideałem, dla mnie pozostawał sztywnym i poważnym księciem, z którym nie można nawet swobodnie porozmawiać.  
  Kiedy już byłam niemal dorosła, zaczęło się mną interesować kilku młodych elfów. Jeden był z Leśnego Królestwa, a dwóch pozostałych widywałam podczas lekcji w Rivendell. Ponieważ od zawsze nie mogłam zaakceptować siebie jako wykształconą, łagodną i urokliwą elfkę (tak jak zostałam wychowana) postanowiłam nie zwracać na nich uwagi. Owszem, polubiłam ich, ale nie byli dla mnie nikim więcej niż tylko sympatycznymi znajomymi.  Celowo wytworzyłam wokół siebie mur, gdyż tak naprawdę nie byłam tą grzeczną elfką, którą znali z zebrań oraz lekcji historii. Po co miałabym wdawać się w jakąś poważniejszą relację z kimś, kto nie zna prawdziwej mnie?
   Jednak, pomimo, iż nigdy bym nie przypuszczałabym, że tak będzie, stałam się zupełnie kimś innym. Wszystko przez jedno niefortunne wydarzenie podczas jednej z licznych bitew, w których udział brał mój ojciec. Miałam wówczas już ponad 100 lat i dawno już przywykłam do narzuconego mi przez rodziców trybu życia. W Śródziemiu był to okres częstych wojen. Wzrosła potęga twierdzy Dol Guldur, mówiono, że odradza się sam Sauron w nowej, jeszcze groźniejszej postaci. Zanosiło się na kolejną bitwę. Mój ojciec, jak to na niego przystało, oczywiście razem z Thranduilem brał w niej udział. Niby miało być to zwyczajne rozgromienie nowoprzybyłych do Dol Guldur orków, jednak byłyśmy wraz z matką bardzo niespokojne. Okazało się, że nie bez powodu. Gdy po wszystkim nasze wojska powróciły wraz z królem do Leśnego Królestwa, na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się w porządku. Wszystko, z wyjątkiem tego, że brakowało mojego ojca. Thranduil, który wyglądał na wyjątkowo tym faktem zaniepokojonego, wyjaśnił nam naprędce, dlaczego tak się stało. Otóż okazało się, że podczas bitwy (o wiele cięższej niż przewidywano) wydarzył się pewien wypadek. Przyjaciel mojego ojca, z którym zawsze osłaniali się podczas walki, wpadł w pułapkę, został ogłuszony i porwany przez orków. Nieszczęśliwie, ojciec akurat również był otoczony i nie mógł przyjść mu z pomocą. Jednak, gdy tylko uporał się z przeciwnikiem, natychmiast ruszył w pogoń za orkami. Walczący w oddali Thranduil krzyczał mu, aby poczekał, ale on go nie słyszał. Później, po bitwie, król usiłował go szukać, lecz nigdzie nie natrafił na ślady brata.
   Byłyśmy  bardzo zszokowane. Zresztą nie tylko nas to zadziwiło. Niemal cała Mroczna Puszcza pogrążyła się w żałobie, ponieważ obawiano się, że ojciec – znany powszechnie jako niezwykle odważny i szlachetny brat króla – więcej nie wróci. Mimo wszystko, obie z matką nie traciłyśmy wiary, że jeszcze go zobaczymy nawet wtedy, gdy sam Thranduil i jego rodzina stracili nadzieję na jego powrót. Jednak mijały miesiące, lata, a o ojcu słuch zaginął. Z każdym rokiem matka coraz bardziej popadała w przygnębienie. Ja również nie czułam się najlepiej, ale byłam optymistką. Z matką natomiast było coraz gorzej. Zaczęła unikać innych, stała się skryta, coraz częściej zamykała się na wiele godzin w swoim pokoju, całkowicie porzuciła życie towarzyskie i nasze podróże do Rivendell. Martwiliśmy się o nią i nie widzieliśmy jak jej pomóc. Nie wiedziałam co robić i myślałam, że oszaleję od nadmiaru trosk. Porzuciłam grę na lutni oraz studiowanie starych ksiąg. Postanowiłam, że rozpocznę poszukiwania ojca na własną rękę. Jednak, aby się tym zająć, musiałam nauczyć się tego, czego od zawsze pragnęłam – musiałam nauczyć się walczyć. To dziwne, ale wśród panującego wokół przygnębienia, doznałam nagłego przypływu entuzjazmu. Wreszcie bowiem mogłam spełnić swoje marzenie. Zdecydowałam się, że poproszę Legolasa o pomoc. Nie byłam wcale chętna na zawieranie z nim jakiejś przyjaźni (i wcale nie zamierzałam), ale wiedziałam, że tylko on wśród znanych mi osób potrafi dochować tajemnicy w takiej sprawie. Nie chciałam bowiem, aby moje plany rozeszły się po całym królestwie, gdyż wówczas król na pewno nie pozwoliłby mi samodzielnie podjąć się wędrówki w nieznane i próbowałby mnie powstrzymać. Ja jednak nie mogłam zwlekać ani chwili dłużej.
   Tak więc rozpoczęłam treningi z mym kuzynem. Był niezwykle zaskoczony, gdy poprosiłam go o pomoc. Myślę, że to głownie przez to zaskoczenie przystał na moje warunki bez zadawania dodatkowych pytań i  zgodził się ze mną trenować bez informowania o tym króla i mojej matki. Ku memu zaskoczeniu, okazał się zadziwiająco dobrym nauczycielem. Cierpliwie uczył mnie strzelać z łuku, a gdy a jako tako opanowałam już tę umiejętność (co udało mi się szybciej niż się spodziewałam -  nauka szła mi bowiem bardzo dobrze), udzielał mi lekcji również z walki mieczem. Pewnego razu, po około miesiącu intensywnego trenowania ,wyznał mi, że mam niesamowity talent bitewny. Uśmiechnęłam się tylko na te słowa, tłumiąc zdziwienie.  Wyglądało na to, że Legolas polubił mnie bardziej niż ja jego. Widać nie przeszkadzało mu to, że zawsze odnosiłam się do niego jedynie w stylu oficjalnym, a podczas naszych sekretnych lekcji  wymienialiśmy ze sobą jedynie uwagi odnośnie mojego treningu. Choć nadal nie zmieniłam zdania na jego temat, byłam mu niezwykle wdzięczna za to, co dla mnie robił. Zwłaszcza za to, że nie wypytywał mnie, skąd ta nagła chęć do stania się wojowniczką.
   Wkrótce udało mi się zrealizować moje postanowienie. Tak jak zamierzałam, nikt się nie dowiedział o moich potajemnych lekcjach. Zresztą nasi najbliżsi mieli wówczas inne zmartwienia. W tym czasie elfowie wreszcie uporali się z orkami z Dol Guldur. Wydawało się, że w pobliżu naszych ziem wreszcie zapanuje pokój. Nasze wojska odetchnęły, ciesząc się z tymczasowego pokoju.
   Nawet w obliczu zwycięstw odniesionych przez naszych pobratymców, stan mojej matki się nie poprawił. Thranduil radził, aby dać jej trochę czasu. Ja jednak wiedziałam, że upływ czasu nic tu nie da. Po przeszło pół roku trenowania z Legolasem stałam się już całkiem niezłą wojowniczką. Moją ulubioną bronią był łuk, choć bardzo dobrze radziłam sobie także ze sztyletami. Mogłabym się poczuć szczęśliwa, gdyby nie ciążąca mi świadomość o obowiązku odszukania ojca. Byłam już całkowicie gotowa się go podjąć. Nie tyle dla siebie, co dla matki. Choć bardzo mi go brakowało, nie uznałam go za zmarłego, tak jak zrobili to inni. Wciąż miałam niewielką nadzieję, że jeszcze wróci. Jednak zaczęłam się już nawet szykować na tę niebezpieczną, być może beznadziejną wyprawę i zamierzałam niebawem wymknąć się niepostrzeżenie. Moje plany jednak całkowicie się rozwiały, gdy pewnego dnia matka oznajmiła mi, że zamierza nas opuścić, aby wraz z niewielką gromadą elfów z Rivendell udać się do Valinoru.
- Clarlien – rzekła – może nie żyję na tym świecie tak długo, jak inni elfowie, lecz doznawałam już bardzo wielu różnych przeżyć i czasem potrafię przeczuć, co się wydarzy.
- Każdy z nas posiada intuicję – odparłam.
- Być może. Ja jednak czuję, że nie ma tu dla mnie miejsca. Twój ojciec więcej nie wróci, Clarlien. A póki nie ma go wśród nas, nie ma tu miejsca także i dla mnie. Dlatego czuję, że muszę udać się za morze wraz z kilkoma moimi krewnymi  – na te słowa bardzo się zdumiałam. Niewielu bowiem elfów z Mrocznej Puszczy opuszczało Śródziemie. Słyszałam natomiast, że co jakiś czas całkiem sporo tych z Rivendell się na to decydowało. Nie sądziłam, że kiedykolwiek dołączy do nich moja matka. - Oczywiście, jeśli pozwolisz. Ale od dawna jesteś już dorosła i myślę, że dasz sobie radę.
- Ja… poradzę sobie. Ale czy naprawdę tego chcesz? Czy naprawdę masz dość życia tu, z nami? Są inne rozwiązania. Nadal możemy odnaleźć ojca. Wystarczy poprosić o pomoc więcej osób i… - już chciałam jej wyjawić prawdę, że sama dołączę do poszukiwań i nie spocznę, póki nie natrafię na jakieś ślady ojca, gdy nagle matka weszła mi w słowo.
- Nikt nam nie pomoże, Clarlien, ponieważ nikt oprócz nas nie wierzy w powodzenie tej misji. Zapamiętaj sobie: tutaj każda z nas jest zdana tylko na siebie – dodała z wyraźnym znużeniem.
Zdałam sobie wówczas sprawę, że nie ma sensu nawet wspominać jej o moich planach. Już podjęła decyzję.
- Dobrze – powiedziałam po dłuższej chwili milczenia. – A zatem udaj się do Valinoru, jeśli uważasz to za słuszne. Zrozumiem to.
   Jeżeli jej życie dalej miałoby wyglądać tak jak po zaginięciu ojca, to może i lepiej, że postanowiła opuścić Śródziemie. Przynajmniej będzie szczęśliwa.
   Równo miesiąc po tej rozmowie (co miało miejsce 20 lat po zaginięciu ojca) moja matka raz na zawsze wyjechała z Mrocznej Puszczy. Thranduil i nasi najbliżsi znajomi  wydawali się być zadowoleni z takiego obrotu wydarzeń -  cieszyli się, że nie będzie musiała się już zamartwiać. Pożegnali ją ciepło. Ja natomiast pojechałam z matką aż do Imladris, skąd wraz z innymi miała udać się do Szarej Przystani. Gdy ostatni raz się żegnałyśmy, wyznałam jej, że w tajemnicy nauczyłam się walczyć i że gdy wrócę do domu, zamierzam ubiegać się o dołączenie do naszego wojska. Nie była owym faktem zdumiona. Powiedziała mi natomiast, że od zawsze widziała we mnie potencjał wojowniczki, ale nie chciała, abym go rozwijała w trosce o moje bezpieczeństwo. Zaraz potem dodała, że popełniła błąd, gdy chciała jak najdalej odciągnąć mnie od tego, czego zawsze pragnęłam i że mój talent bitewny na pewno zostanie doceniony przez króla. Poprosiła, abym słuchała się Thranduila, który podobno obiecał się mną zająć. Na ostatku dodała, że życie stoi przede mną otworem i abym pamiętała, że sama o nim decyduję. Wiedziałam, że znów miała na myśli, że jestem zdana tylko na siebie.
   To było dla mnie bardzo trudne. Mimo, że zadawałam sobie sprawę, że nie było innego wyjścia, to i tak po odejściu matki czułam się niezwykle samotna.  Thranduil najwyraźniej postanowił rzeczywiście się mną zaopiekować. Kiedy powiedziałam mu, że chcę wstąpić do naszego wojska, nie wydawał się być zaskoczony. Zastrzegł jednak, że zanim tam wstąpię, będę musiała jeszcze przez jakiś czas poćwiczyć walkę. Tak więc spędziłam kolejne kilkadziesiąt lat na ćwiczeniach. Dobrze się złożyło, bowiem dzięki temu miałam jakieś zajęcie, przez co mniej brakowało mi rodziców. Zwykle trenowałam w samotności. Czasem jednak wybierałam się w podróże do Rivendell, gdzie zawsze spotykałam się z ciepłym powitaniem i sporo się uczyłam od tamtejszych, doświadczonych w walce elfów. Gdy moje umiejętności bitewne były już na bardzo wysokim poziomie, wreszcie oficjalnie zostałam przydzielona do oddziału łuczników z Leśnego Królestwa. Czułam się wówczas dumna i szczęśliwa. Ochoczo włączałam się do każdej walki, nie patrząc na to, jak bardzo jest niebezpieczna. Król, choć nie zawsze był zadowolony z mojej gorliwości, to jednak znał moje umiejętności na tyle, aby pozwolić mi walczyć.
   Nadal z nikim się bliżej nie przyjaźniłam. Po prostu nie byłam na to gotowa. Swoją funkcję łuczniczki traktowałam niezwykle poważnie, szukając w bitwie zapomnienia przeszłości. Na wiele rzeczy miałam jeszcze czas - w końcu, byłam jeszcze bardzo młoda jak na elfa.
   Czas płynął, a ja z każdym rokiem nabierałam większego doświadczenia bojowego. Stałam się naprawdę śmiercionośna. Thranduil i Legolas przyglądali się temu ukradkiem, ale nic nie mówili na ten temat. Prawda była taka, że mój kuzyn zaczął mi imponować. Nie pod względem charakteru czy urody, lecz pod względem niezwykłego talentu bitewnego i sprawności fizycznej. Podziwiałam u niego te dwie rzeczy za każdym razem, gdy dowodził naszym wojskiem, a ja oczywiście, jako jego kuzynka, walczyłam w jego pobliżu. Z początku brałam to za zwyczajny zbieg okoliczności, czy po prostu przypadkowe zajęcie pozycji. Jednak, po latach powtarzającej się takiej taktyki, zdałam sobie sprawę, że to być może mój stryj kazał mu walczyć obok mnie, aby Legolas w razie czego mnie obronił. To spostrzeżenie bardzo mnie zirytowało, gdyż nie chciałam wzbudzać w innych potrzeby chronienia mnie. Dlaczego mam być mniej sprawna i wyćwiczona od mego kuzyna? Postanowiłam wówczas zawziąć się i stać się tak samo dobra jak on. Od tej pory każdą wolną chwilę poświęcałam na treningi i ćwiczenia. Czasem wyprawiałam się nawet samotnie w nieznane. Zakradałam się w okolice Dol Guldur i wertowałam okolicę. Nieraz samodzielnie walczyłam ze stadem olbrzymich pająków czy grupą kilku orków. Fakt, iż potrafię bez niczyjej pomocy uporać się z przeciwnikiem, napawał mnie wielką radością. Lubiłam walkę i uważałam, że jestem do niej stworzona. Te wyprawy, bitwy od czasu do czasu, wieczne treningi oraz podróże do Rivendell - to było całe moje życie.
   Około dwa stulecia później (gdy moje umiejętności bitewne nie powstydziłyby się zdolnościom mojego kuzyna) wreszcie udało mi się osiągnąć coś więcej, niż tylko funkcję wojowniczki z Mrocznej Puszczy. Pewnego razu, sam Thranduil zaproponował mi, abym została dowódczynią straży królewskiej. Na te słowa całkiem osłupiałam, ponieważ była to propozycja nie do odrzucenia, o której marzył zapewne każdy z naszego wojska.
- Ale... dlaczego ja? - tylko tyle zdołałam wykrztusić stojąc przed stryjem, który siedział na swoim ogromnym tronie i wpatrywał się we mnie.
- Myślałem, że sama się domyślisz, dlaczego. Jesteś cierpliwa, zdeterminowana i bardzo zdolna jak na swój młody wiek. Widziałem cię, jak trenujesz. Jeszcze nigdy nie spostrzegłem, aby ktoś robił to z podobną pasją. To rzadki talent, który nie może się zmarnować.
- Naprawdę uważasz, że mam talent? - spytałam cicho. - To pewnie po ojcu - dodałam jeszcze ciszej. Thranduil zamyślił się na te słowa.
- Masz rację. Twój ojciec był wspaniałym elfem, doskonałym wojownikiem. Ty też doskonale radzisz sobie w boju, szybko się uczysz. Jeśli zgodzisz się dowodzić strażą, cały oddział będzie cię słuchać i podziwiać. Wielu zainspiruje twój talent bitewny - tu spojrzał znów na mnie i uśmiechnął się - to jak będzie, Clarlien?
- Przecież wiesz, stryju. To oczywiste, że przyjmuję tę propozycję - gdy to mówiłam, oczy zapłonęły mi wielką radością. Ukłoniłam się lekko. - Nie wiem, jak ci dziękować.
- Nie masz za co. Zasłużyłaś na to - król wstał, objął mnie i uścisnął lekko.
  Czułam się wówczas wreszcie spełniona. Odział straży królewskiej powitał mnie ciepło jako dowódczynię. Tak jak przewidział stryj, z czasem stałam się znaną, szanowaną wojowniczką w Leśnym Królestwie. Ale choć mogłam dowodzić podczas bitew, wszystkie moje decyzje podlegały Legolasowi. Mimo, że to ja wydawałam rozkazy, zawsze musiałam z nim współpracować i przedstawiać mu moje plany. Choć początkowo nie byłam tym faktem zbyt zadowolona, z czasem przywykłam do tego i muszę przyznać, że całkiem nieźle nam się współdziałało. Mając tak wysokie stanowisko, zyskałam także prawo głosu podczas narad wojennych i spotkań z przedstawicielami wojsk z Rivendell i Lorien, a czasem również przywódcami ludzkich królestw. Podczas tych narad bardzo przydała mi się moja doskonała znajomość historii Śródziemia. Dzięki tej wiedzy nierzadko mogłam dyskutować nawet z samym lordem Elrondem czy panią Galadrielą. Czas upływał mi na podróżach (byłam bowiem posyłana przez króla jako posłaniec w celu noszenia ważnych wiadomości), rozmowach o polityce oraz wyruszaniu na zwiadowcze wyprawy z kilkoma najlepszymi w królestwie wojownikami. Dzięki takiej ilości powierzanych mi zadań (odkąd pewnego dnia Thranduil pochwalił moją odpowiedzialność, miałam jeszcze więcej spraw na głowie) nie miałam czasu na rozpamiętywanie przeszłości. Było mi to bardzo na rękę. Nie tylko nie miałam czasu na smutne przemyślenia dotyczące mojego życia, ale również czułam się potrzebna i doceniana. Zawsze chciałam pełnić ważne zadania dotyczące walki i wreszcie mogłam to robić.
   W ten sposób minęło kilka wieków. Choć byłam pozornie szczęśliwa, zdarzały mi się chwile, gdy czułam się bardzo samotna. Przez te wszystkie lata nie wdałam się z nikim w jakąś bliższą relację. Zawsze tłumaczyłam to sobie dużą ilością obowiązków związanych z moim ważnym stanowiskiem, ale prawdziwą przyczyną tego było to, że od zawsze byłam bardzo skryta i nigdy nie starłam się o coś takiego jak przyjaźń. Wraz z moim kuzynem oraz kilkoma najważniejszymi członkami oddziału straży byliśmy dla siebie jedynie szanowanymi kompanami i nikim więcej. Mimo, iż gdyby zaszłaby taka potrzeba, ryzykowalibyśmy dla siebie życie, to nie spędzaliśmy razem wolnego czasu i rozmawialiśmy jedynie o sprawach zawodowych. Najbliższą osobą w królestwie był dla mnie Thranduil. Kochałam go prawie jak ojca i doceniałam za to, co dla mnie robił od odejścia moich rodziców. Nigdy jednak nie zwierzałam mu się, ani nie wyjawiałam przed nim moich problemów.

                                                                            ***

     Owe uczucie wszechogarniającej samotności dziś znów do mnie wróciło. Choć lubiłam moje samotne przejażdżki, teraz poczułam nagłą potrzebę obecności drugiej osoby. Spięłam więc konia, aby szybciej być w domu. Choć był dopiero wczesny wieczór i słońce jeszcze nie zaszło, tutaj, w Mrocznej Puszczy było już niemal całkowicie ciemno. Nie było to nic nadzwyczajnego. Zwłaszcza, że jechałam tą częścią lasu, która już dawno temu dała opanować się czarnej magii z Dol Guldur. Pamiętałam czasy, gdy jeszcze był to Zielony Las i bardzo żałowałam, że akurat tutaj, w moich rodzinnych stronach, zło musiało wyrządzić przyrodzie tak wiele szkód. Dawniej Leśne Królestwo otoczone było pięknym, jasnym lasem, gdzie od dziecka każdego dnia chętnie wybierałam się na spacery. Wiele lat temu jednak stało się takim jak teraz, ciemnym, nieprzyjemnym miejscem, w którym nigdy nie wiedziało się, na co się natrafi. Tak więc, jeśli chciałam wybrać się na jakąś dłuższą wędrówkę na łonie natury, musiałam opuszczać Mroczną Puszczę.
   Gdy koń przyśpieszył, mknęłam po ścieżce jak strzała i ani się obejrzałam, a przede mną ukazał się most i drzwi do pałacu. Zatrzymałam się, zeszłam z konia i kazałam służbie odprowadzić go do stajni, po czym otworzyłam drzwi i udałam się do króla, aby się przywitać. Zastałam go w przechadzającego się nerwowo przed tronem. Zdziwiłam się. Czyżby coś się stało w czasie mojej kilkudniowej nieobecności?