środa, 4 marca 2015

Rozdział 2

- Witaj, stryju - stanęłam przed nim i ukłoniłam się.
- O, Clarlien - powiedział z lekkim uśmiechem jednocześnie stając w miejscu. Wyglądało na to, że dopiero teraz zauważył, że w ogóle weszłam. - Jak podróż? Co słychać u twoich krewnych w Rivendell?
- Dobrze, dziękuję. Wszystko u nich w porządku - odparłam. Czy tylko mi się wydawało, czy Thranduil był jakiś roztargniony?
Milczałam chwilę. Po chwili król znów się odezwał:
- Masz mi coś do przekazania?
Przytaknęłam. Niemal zapomniałabym o najważniejszym.
- Jakiś czas temu odbyło się zebranie Białej Rady. Elrond kazał ci przekazać, że w Dol Guldur znaleziono jakiś miecz z zamierzchłych czasów, prawdopodobnie pochodzący z grobu króla Angmaru, jednego z Dziewięciu - po tych słowach zaczął słuchać mnie z niezwykłą uwagą. - Nie ma jednak pewności co do pochodzenia tego ostrza. Gandalf Szary twierdzi również, że w Dol Guldur zamieszkał jakiś czarnoksiężnik, potrafiący nawet przyzywać umarłych. Jednak to również jest wątpliwą kwestią - tu zamilkłam na moment, po czym znów się odezwałam - myślisz, że to jakaś potężniejsza moc? Czy to możliwe, że znów będzie wojna?
- Oczywiście, że nie - powiedział Thranduil, po czym skierował się w moją stronę - zresztą sama wiesz, że od wieków cieszymy się pokojem i nic nie wskazuje na to, aby miało być inaczej. Zresztą niech czarodzieje sami rozwiązują tę zagadkę. Nie nasza w tym głowa. Aktualnie mamy inne zmartwienia - po tych słowach zmarszczył brwi. O co mu chodziło?
- Jak to? - zdziwiłam się. - Znowu chodzi o te pająki z Dol Guldur? Zajmiemy się tym jak tylko... - nagle król wszedł mi w słowo.
- Coś gorszego. Sprawą pająków zajęli się już Tauriel z Legolasem - Tauriel od niedawna była moją zastępczynią. Jej zadaniem było dowodzenie strażą pod moją nieobecność. Lubiłam ją, lecz nie potrafiłyśmy się ze sobą dogadać ze względu na różnicę charakterów. Jednakże jej zdolności bitewne były porównywalne do moich, przez co czasem lubiłyśmy ze sobą rywalizować. Mimo wszystko, ze względu na jej młody wiek, to ja miałam więcej obowiązków wyznaczonych przez króla. - Jednak podczas walki nasz odział natrafił w lesie na grupę trzynastu krasnoludów dowodzonych przez Thorina Dębową Tarczę - gdy Thranduil wymówił to imię, aż znieruchomiałam ze zdziwienia. Znałam bowiem Thorina od wielu lat i był on ostatnią osobą, którą spodziewałam się ujrzeć w Mrocznej Puszczy. - Tak jak sądziłem, najwyraźniej po latach zdecydowali się odzyskać Erebor. Lepiej, abyś nie znała celu tej wyprawy, bowiem jest on bardzo niecny według mnie. Przesłuchałem go, co było tylko stratą czasu - powiedział z pogardą w głosie. Ja zaś słuchałam w milczeniu i z zainteresowaniem, choć w środku aż we mnie kipiało. - Nie chciał słyszeć o żadnych układach, awanturował się i zepsuł mi jedynie nerwy. Zresztą, co ja ci będę mówił o krasnoludach. Dobrze wiesz, jakie są - mówiąc to skrzywił się. Ja zaś czułam, jak narasta we mnie irytacja. - Mam nadzieję, że siedząc sobie w tych lochach prędko zrozumieją swoje błędy i pójdą na moje warunki - gdy to powiedział, na jego ustach zagościł złośliwy uśmieszek.
Postanowiłam nie dać nic po sobie poznać, gdy odezwałam się pozornie spokojnym głosem:
- Zamknąłeś ich w lochach? Czemu po prostu nie puściłeś ich wolno? Jedno z was powinno być mądrzejsze.
Na te słowa król przybrał gniewny wyraz twarzy.
- Uwolnić?! Jak śmiesz podsuwać mi tak bezsensowne rozwiązania, Clarlien?! Czy nie pamiętasz, jak mnie oszukano? Jak nie otrzymałem klejnotów, za które im zapłaciłem? - a więc o to chodziło. Białe kamienie były dla Thranduila aż tak ważne, że postanowił się o nie targować. A że zapewne Thorin nie zapomniał tego, jak po ataku Smauga elfowie nie pomogli krasnoludom, nie poszedł na układ z Thranduilem, przez co on zamknął ich w lochach. Na miejscu stryja nigdy nie zrobiłabym czegoś podobnego z powodu biżuterii, lecz teraz wolałam udać, że się z nim zgadzam, aby nie wzbudzać jego podejrzliwości i gniewu.
- Przepraszam, stryju. Masz rację, zostaliśmy oszukani. Nie martw się, na pewno przystaną na twoje warunki - powiedziałam ugodowych głosem i zaczęłam kierować się do wyjścia.
- Prędzej czy później na pewno się złamią, bo choć plemię to chciwe i zawzięte, to nie mają przed sobą wieczności w przeciwieństwie do nas - znów uśmiechnął się chytrze, po czym spojrzał na mnie. - Idź już, pewnie jesteś zmęczona po podróży.
  Skinęłam głową na pożegnanie, po czym udałam się do swojej komnaty. Miał rację, byłam zmęczona. Wiedziałam jednak, że nie zasnę. Nie po tym, co dziś usłyszałam. Prawda była taka, że byłam niebywale zła na stryja. Nigdy nie postąpiłabym tak jak on. Czyżby pożądanie tych klejnotów wzięło u niego górę nad rozsądkiem? Nie dość, że nie przyszedł z pomocą krasnoludom, gdy smok odebrał im Samotną Górę (Pamiętałam, jak w dniu napaści Smauga byłam gotowa na kolejną bitwę, nawet z samym smokiem, ale dostałam całkowity zakaz od króla na podejmowanie jakichkolwiek działań. Najgorsze jednak było to, że nie podjął się on także niczego w celu pomocy wypędzonym z Ereboru krasnoludom. Gdy spytałam go, dlaczego tak postąpił, odpowiedział tylko, że "wymierzył sprawiedliwość", dając mi wyraźnie do zrozumienia, abym nie poruszała więcej tego tematu. Od tego czasu milczałam w tej sprawie, chociaż nigdy nie podzielałam żywionej przez naszych pobratymców pogardy do krasnoludów.) to jeszcze teraz zamknął ich w lochach. Siedziałam tak przez dobrą godzinę i rozmyślałam nad tym wszystkim. W końcu pomyślałam, że może uda mi się pójść do miejsca, gdzie znajdywały się cele i niepostrzeżenie porozmawiać z Thorinem.
  Wstałam więc, wyszłam z pokoju i skierowałam się w stronę celi. Ponieważ było już późno, po drodze szczęśliwie nie natrafiłam na żadnych strażników. Byłam już na podwyższeniu, z którego było widać było miejsce, gdzie zawsze trzymaliśmy więźniów. Już miałam tam zejść, gdy nagle usłyszałam jakieś kroki i szmer rozmowy na dole. Zatrzymałam się i nasłuchiwałam. Z początku wydawało mi się, że to po prostu krasnoludy rozmawiają ze sobą pomiędzy sobą, ale nagle usłyszałam znajomy głos. Gdy wytężyłam wzrok, spostrzegłam przy jednej z cel stojącą szczupłą postać z rudymi włosami. Tauriel. Tylko co ona tutaj robiła? Rozmawiała z jednym z więźniów? Ciekawe. Usiłowałam usłyszeć słowa rozmowy, ale szum płynącej w dole wody wszystko zagłuszał. Stałam więc tylko i zastanawiałam się co dalej. Jednak, po około kwadransie, zauważyłam, że Tauriel odwraca się i skręca w boczny korytarz. Gdy nie pojawiła się na dole przez kolejne pięć minut, uznałam, że droga wolna. Rozejrzałam się raz jeszcze, czy nikogo nie ma w pobliżu i zaczęłam schodzić po schodach na dół. Zastanawiałam się, czy będę mieć trochę szczęścia i uda mi się z nim porozmawiać. Byłam zaniepokojona całą tą sytuacją, ponieważ gdyby ktoś dowiedział się, co zamierzam, miałabym niezłe kłopoty. Mogłam więc tylko nadzieję, że mój plan się powiedzie.
   Gdy byłam już na dole, szum płynącej wody stał się nieco głośniejszy, a powietrze bardziej rześkie. Z zawieszonych na ścianie lamp sączyło się przytłumione światło. Ściany i podłogi wykonane były z kamienia o lekko błyszczącej powierzchni. "Całkiem przyjemne miejsce jak na więzienie" - pomyślałam. Rzadko tutaj bywałam, bowiem nigdy wcześniej, odkąd sięgałam pamięcią, nie mieliśmy więźniów. Gdy sobie to uświadomiłam, zmarszczyłam brwi. Był to kolejny dowód na to, że Thranduil się zmienił. I to wcale nie na lepsze. Nie żebym jakoś się zamartwiała jego postępowaniem, ale obawiałam się, że może to niekorzystnie wpłynąć na królestwo. Ale dlaczego ja w ogóle martwiłam się o nasz naród? To chyba należało raczej do króla i jego syna, nie do mnie. Ja miałam tylko dowodzić strażą. Idąc w kierunku najbliższej celi, starałam się wyrzucić z siebie moją troskę o pobratymców. Teraz miałam co innego na głowie. Najciszej jak umiałam, zbliżyłam się do kraty i stojąc w odległości mniej więcej dwóch metrów od niej, popatrzyłam do środka.
   Wewnątrz celi ujrzałam siedzącego na pryczy i opartego o ścianę, niskiego krasnoluda o siwych włosach i długiej brodzie, ubranego w buty ze spiczastymi noskami, bordowe spodnie i podobną tunikę. Wydawało mi się, że już go gdzieś kiedyś widziałam. Szybko omiotłam go wzrokiem. Musiał spać albo mieć przymknięte oczy, ponieważ mnie nie zauważył. Szybko skierowałam się do kolejnej najbliższej celi. Gdy sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie i znów natrafiłam na nieznajomego, skierowałam się do kolejnej celi i do kolejnej. Usiłowałam sobie przypomnieć, jaką liczbę podał Thranduil, gdy mówił o więźniach. Ilu ich było? Trzynastu? Zaśmiałam się w duchu. No już więcej ich być nie mogło... Aby sprawdzić każdego z nich, musiałam przejrzeć wszystkie niemal cele leżące nieco niżej. Jeżeli chciałam zajrzeć do każdej, musiałam przejść przez wąski kamienny most nad przepaścią ze strumieniem płynącym w dole. Wyglądało to naprawdę malowniczo, ale nie miałam teraz czasu tego podziwiać. Dobrze, że wiele lat temu nauczyłam się chodzić bezszelestnie. Miałam też szczęście, że żaden z więźniów mnie nie zauważył. Chociaż w sumie nic dziwnego, w końcu był środek nocy. Zapewne posnęli. Tym lepiej dla mnie - jeśli miałam rozmawiać z Thorinem, wolałam zrobić to bez obecności świadków.
   Gdy podeszłam do kraty, przy której wcześniej zauważyłam Tauriel, zauważyłam siedzącego za nią wyjątkowo urodziwego krasnoluda. Był wyższy od pozostałych, miał ładne, ciemne włosy, a zamiast brody tylko lekki zarost. Czyżby jego uroda przyciągnęła moją zastępczynię? Niemal uśmiechnęłam się na myśl, że w Leśnym Królestwie znalazłby się ktoś, kto podobnie jak ja nie żywi urazy do krasnoludów i jest w stanie zawierać z nimi znajomości. Moje zaskoczenie jednak zostało zaraz wyparte przez narastającą we mnie irytację. Zajrzałam już bowiem do dwunastu celi i w żadnej nie było Thorina. Czy Thranduil umieścił go gdzie indziej? Była jednak jeszcze jedna niesprawdzona przeze mnie cela naprzeciwko tej, do której zajrzałam na początku, oddalona o trochę większą odległość od pozostałych. Gdy ją spostrzegłam, natychmiast szybkim krokiem ruszyłam w jej kierunku.
   Mimo panującego tu półmroku od razu go zobaczyłam. Siedział w cieniu pod ścianą, ze spuszczonym wzrokiem. Pewnie by mnie nie zauważył, gdyby nie to, iż w pośpiechu zapomniałam o tym, by poruszać się po cichu i teraz doszłam do kraty z głośnym szuraniem butów o szorstką posadzkę. Zerknęłam na niego rozbieganym wzrokiem. Choć był ubrany podobnie jak reszta kompanii (przypuszczałam, że straż wraz z bronią pozabierała im również płaszcze), jak zwykle prezentował się bardziej wytwornie. Na jego dłoni lśnił ten sam rodzinny pierścień, który widziałam u niego już wiele lat temu. Musiałam przyznać, że nawet tu i teraz, siedząc w lochu, budził respekt swą postawą. Gdy spojrzał na mnie, w jego oczach nie widziałam zbytniego zaskoczenia, że mnie tu widzi. Malowało się w nich jedynie lekkie zdezorientowanie, a także coś na kształt radości. Niemal się uśmiechnął.                    
   Ja zaś stałam w miejscu i nie wiedzieć dlaczego, kompletnie nie wiedziałam co powiedzieć. Być może jego wrodzona mądrość i charyzma tak na mnie działały. Weź się w garść, nakazałam sobie. Przecież przyszłam tu w konkretnym celu. Jednak przez ponad minutę nie mogłam wydobyć z siebie ani słowa. A przecież znaliśmy się już od dobrych stu lat i nie widzieliśmy się zaledwie półtora roku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz