- Witaj, stryju - stanęłam przed nim i ukłoniłam się.
- O, Clarlien - powiedział z lekkim uśmiechem jednocześnie
stając w miejscu. Wyglądało na to, że dopiero teraz zauważył, że w ogóle
weszłam. - Jak podróż? Co słychać u twoich krewnych w Rivendell?
- Dobrze, dziękuję. Wszystko u nich w porządku - odparłam.
Czy tylko mi się wydawało, czy Thranduil był jakiś roztargniony?
Milczałam chwilę. Po chwili król znów się odezwał:
- Masz mi coś do przekazania?
Przytaknęłam. Niemal zapomniałabym o najważniejszym.
- Jakiś czas temu odbyło się zebranie Białej Rady. Elrond
kazał ci przekazać, że w Dol Guldur znaleziono jakiś miecz z zamierzchłych
czasów, prawdopodobnie pochodzący z grobu króla Angmaru, jednego z Dziewięciu -
po tych słowach zaczął słuchać mnie z niezwykłą uwagą. - Nie ma jednak pewności
co do pochodzenia tego ostrza. Gandalf Szary twierdzi również, że w Dol Guldur
zamieszkał jakiś czarnoksiężnik, potrafiący nawet przyzywać umarłych. Jednak to
również jest wątpliwą kwestią - tu zamilkłam na moment, po czym znów się
odezwałam - myślisz, że to jakaś potężniejsza moc? Czy to możliwe, że znów
będzie wojna?
- Oczywiście, że nie - powiedział Thranduil, po czym skierował
się w moją stronę - zresztą sama wiesz, że od wieków cieszymy się pokojem i nic
nie wskazuje na to, aby miało być inaczej. Zresztą niech czarodzieje sami
rozwiązują tę zagadkę. Nie nasza w tym głowa. Aktualnie mamy inne zmartwienia -
po tych słowach zmarszczył brwi. O co mu chodziło?
- Jak to? - zdziwiłam się. - Znowu chodzi o te pająki z Dol
Guldur? Zajmiemy się tym jak tylko... - nagle król wszedł mi w słowo.
- Coś gorszego. Sprawą pająków zajęli się już Tauriel z
Legolasem - Tauriel od niedawna była moją zastępczynią. Jej zadaniem było
dowodzenie strażą pod moją nieobecność. Lubiłam ją, lecz nie potrafiłyśmy się
ze sobą dogadać ze względu na różnicę charakterów. Jednakże jej zdolności
bitewne były porównywalne do moich, przez co czasem lubiłyśmy ze sobą
rywalizować. Mimo wszystko, ze względu na jej młody wiek, to ja miałam więcej
obowiązków wyznaczonych przez króla. - Jednak podczas walki nasz odział
natrafił w lesie na grupę trzynastu krasnoludów dowodzonych przez Thorina
Dębową Tarczę - gdy Thranduil wymówił to imię, aż znieruchomiałam ze
zdziwienia. Znałam bowiem Thorina od wielu lat i był on ostatnią osobą, którą
spodziewałam się ujrzeć w Mrocznej Puszczy. - Tak jak sądziłem, najwyraźniej po
latach zdecydowali się odzyskać Erebor. Lepiej, abyś nie znała celu tej
wyprawy, bowiem jest on bardzo niecny według mnie. Przesłuchałem go, co było
tylko stratą czasu - powiedział z pogardą w głosie. Ja zaś słuchałam w
milczeniu i z zainteresowaniem, choć w środku aż we mnie kipiało. - Nie chciał
słyszeć o żadnych układach, awanturował się i zepsuł mi jedynie nerwy. Zresztą,
co ja ci będę mówił o krasnoludach. Dobrze wiesz, jakie są - mówiąc to skrzywił
się. Ja zaś czułam, jak narasta we mnie irytacja. - Mam nadzieję, że siedząc
sobie w tych lochach prędko zrozumieją swoje błędy i pójdą na moje warunki -
gdy to powiedział, na jego ustach zagościł złośliwy uśmieszek.
Postanowiłam nie dać nic po sobie poznać, gdy odezwałam się
pozornie spokojnym głosem:
- Zamknąłeś ich w lochach? Czemu po prostu nie puściłeś ich
wolno? Jedno z was powinno być mądrzejsze.
Na te słowa król przybrał gniewny wyraz twarzy.
- Uwolnić?! Jak śmiesz podsuwać mi tak bezsensowne
rozwiązania, Clarlien?! Czy nie pamiętasz, jak mnie oszukano? Jak nie
otrzymałem klejnotów, za które im zapłaciłem? - a więc o to chodziło. Białe
kamienie były dla Thranduila aż tak ważne, że postanowił się o nie targować. A
że zapewne Thorin nie zapomniał tego, jak po ataku Smauga elfowie nie pomogli
krasnoludom, nie poszedł na układ z Thranduilem, przez co on zamknął ich w
lochach. Na miejscu stryja nigdy nie zrobiłabym czegoś podobnego z powodu
biżuterii, lecz teraz wolałam udać, że się z nim zgadzam, aby nie wzbudzać jego
podejrzliwości i gniewu.
- Przepraszam, stryju. Masz rację, zostaliśmy oszukani. Nie
martw się, na pewno przystaną na twoje warunki - powiedziałam ugodowych głosem
i zaczęłam kierować się do wyjścia.
- Prędzej czy później na pewno się złamią, bo choć plemię to
chciwe i zawzięte, to nie mają przed sobą wieczności w przeciwieństwie do nas -
znów uśmiechnął się chytrze, po czym spojrzał na mnie. - Idź już, pewnie jesteś
zmęczona po podróży.
Skinęłam głową na
pożegnanie, po czym udałam się do swojej komnaty. Miał rację, byłam zmęczona.
Wiedziałam jednak, że nie zasnę. Nie po tym, co dziś usłyszałam. Prawda była
taka, że byłam niebywale zła na stryja. Nigdy nie postąpiłabym tak jak on.
Czyżby pożądanie tych klejnotów wzięło u niego górę nad rozsądkiem? Nie dość,
że nie przyszedł z pomocą krasnoludom, gdy smok odebrał im Samotną Górę
(Pamiętałam, jak w dniu napaści Smauga byłam gotowa na kolejną bitwę, nawet z
samym smokiem, ale dostałam całkowity zakaz od króla na podejmowanie
jakichkolwiek działań. Najgorsze jednak było to, że nie podjął się on także
niczego w celu pomocy wypędzonym z Ereboru krasnoludom. Gdy spytałam go,
dlaczego tak postąpił, odpowiedział tylko, że "wymierzył
sprawiedliwość", dając mi wyraźnie do zrozumienia, abym nie poruszała
więcej tego tematu. Od tego czasu milczałam w tej sprawie, chociaż nigdy nie
podzielałam żywionej przez naszych pobratymców pogardy do krasnoludów.) to
jeszcze teraz zamknął ich w lochach. Siedziałam tak przez dobrą godzinę i
rozmyślałam nad tym wszystkim. W końcu pomyślałam, że może uda mi się pójść do
miejsca, gdzie znajdywały się cele i niepostrzeżenie porozmawiać z Thorinem.
Wstałam więc,
wyszłam z pokoju i skierowałam się w stronę celi. Ponieważ było już późno, po
drodze szczęśliwie nie natrafiłam na żadnych strażników. Byłam już na
podwyższeniu, z którego było widać było miejsce, gdzie zawsze trzymaliśmy
więźniów. Już miałam tam zejść, gdy nagle usłyszałam jakieś kroki i szmer
rozmowy na dole. Zatrzymałam się i nasłuchiwałam. Z początku wydawało mi się,
że to po prostu krasnoludy rozmawiają ze sobą pomiędzy sobą, ale nagle
usłyszałam znajomy głos. Gdy wytężyłam wzrok, spostrzegłam przy jednej z cel
stojącą szczupłą postać z rudymi włosami. Tauriel. Tylko co ona tutaj robiła?
Rozmawiała z jednym z więźniów? Ciekawe. Usiłowałam usłyszeć słowa rozmowy, ale
szum płynącej w dole wody wszystko zagłuszał. Stałam więc tylko i zastanawiałam
się co dalej. Jednak, po około kwadransie, zauważyłam, że Tauriel odwraca się i
skręca w boczny korytarz. Gdy nie pojawiła się na dole przez kolejne pięć
minut, uznałam, że droga wolna. Rozejrzałam się raz jeszcze, czy nikogo nie ma
w pobliżu i zaczęłam schodzić po schodach na dół. Zastanawiałam się, czy będę
mieć trochę szczęścia i uda mi się z nim porozmawiać. Byłam zaniepokojona całą
tą sytuacją, ponieważ gdyby ktoś dowiedział się, co zamierzam, miałabym niezłe
kłopoty. Mogłam więc tylko nadzieję, że mój plan się powiedzie.
Gdy byłam już na
dole, szum płynącej wody stał się nieco głośniejszy, a powietrze bardziej
rześkie. Z zawieszonych na ścianie lamp sączyło się przytłumione światło.
Ściany i podłogi wykonane były z kamienia o lekko błyszczącej powierzchni.
"Całkiem przyjemne miejsce jak na więzienie" - pomyślałam. Rzadko
tutaj bywałam, bowiem nigdy wcześniej, odkąd sięgałam pamięcią, nie mieliśmy
więźniów. Gdy sobie to uświadomiłam, zmarszczyłam brwi. Był to kolejny dowód na
to, że Thranduil się zmienił. I to wcale nie na lepsze. Nie żebym jakoś się
zamartwiała jego postępowaniem, ale obawiałam się, że może to niekorzystnie
wpłynąć na królestwo. Ale dlaczego ja w ogóle martwiłam się o nasz naród? To
chyba należało raczej do króla i jego syna, nie do mnie. Ja miałam tylko
dowodzić strażą. Idąc w kierunku najbliższej celi, starałam się wyrzucić z
siebie moją troskę o pobratymców. Teraz miałam co innego na głowie. Najciszej
jak umiałam, zbliżyłam się do kraty i stojąc w odległości mniej więcej dwóch
metrów od niej, popatrzyłam do środka.
Wewnątrz celi
ujrzałam siedzącego na pryczy i opartego o ścianę, niskiego krasnoluda o siwych
włosach i długiej brodzie, ubranego w buty ze spiczastymi noskami, bordowe
spodnie i podobną tunikę. Wydawało mi się, że już go gdzieś kiedyś widziałam.
Szybko omiotłam go wzrokiem. Musiał spać albo mieć przymknięte oczy, ponieważ
mnie nie zauważył. Szybko skierowałam się do kolejnej najbliższej celi. Gdy
sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie i znów natrafiłam na nieznajomego,
skierowałam się do kolejnej celi i do kolejnej. Usiłowałam sobie przypomnieć,
jaką liczbę podał Thranduil, gdy mówił o więźniach. Ilu ich było? Trzynastu? Zaśmiałam
się w duchu. No już więcej ich być nie mogło... Aby sprawdzić każdego z nich,
musiałam przejrzeć wszystkie niemal cele leżące nieco niżej. Jeżeli chciałam
zajrzeć do każdej, musiałam przejść przez wąski kamienny most nad przepaścią ze
strumieniem płynącym w dole. Wyglądało to naprawdę malowniczo, ale nie miałam
teraz czasu tego podziwiać. Dobrze, że wiele lat temu nauczyłam się chodzić
bezszelestnie. Miałam też szczęście, że żaden z więźniów mnie nie zauważył.
Chociaż w sumie nic dziwnego, w końcu był środek nocy. Zapewne posnęli. Tym
lepiej dla mnie - jeśli miałam rozmawiać z Thorinem, wolałam zrobić to bez
obecności świadków.
Gdy podeszłam do
kraty, przy której wcześniej zauważyłam Tauriel, zauważyłam siedzącego za nią
wyjątkowo urodziwego krasnoluda. Był wyższy od pozostałych, miał ładne, ciemne
włosy, a zamiast brody tylko lekki zarost. Czyżby jego uroda przyciągnęła moją
zastępczynię? Niemal uśmiechnęłam się na myśl, że w Leśnym Królestwie znalazłby
się ktoś, kto podobnie jak ja nie żywi urazy do krasnoludów i jest w stanie
zawierać z nimi znajomości. Moje zaskoczenie jednak zostało zaraz wyparte przez
narastającą we mnie irytację. Zajrzałam już bowiem do dwunastu celi i w żadnej
nie było Thorina. Czy Thranduil umieścił go gdzie indziej? Była jednak jeszcze
jedna niesprawdzona przeze mnie cela naprzeciwko tej, do której zajrzałam na
początku, oddalona o trochę większą odległość od pozostałych. Gdy ją
spostrzegłam, natychmiast szybkim krokiem ruszyłam w jej kierunku.
Mimo panującego tu
półmroku od razu go zobaczyłam. Siedział w cieniu pod ścianą, ze spuszczonym
wzrokiem. Pewnie by mnie nie zauważył, gdyby nie to, iż w pośpiechu zapomniałam
o tym, by poruszać się po cichu i teraz doszłam do kraty z głośnym szuraniem
butów o szorstką posadzkę. Zerknęłam na niego rozbieganym wzrokiem. Choć był
ubrany podobnie jak reszta kompanii (przypuszczałam, że straż wraz z bronią
pozabierała im również płaszcze), jak zwykle prezentował się bardziej
wytwornie. Na jego dłoni lśnił ten sam rodzinny pierścień, który widziałam u
niego już wiele lat temu. Musiałam przyznać, że nawet tu i teraz, siedząc w
lochu, budził respekt swą postawą. Gdy spojrzał na mnie, w jego oczach nie
widziałam zbytniego zaskoczenia, że mnie tu widzi. Malowało się w nich jedynie
lekkie zdezorientowanie, a także coś na kształt radości. Niemal się uśmiechnął.
Ja zaś stałam w
miejscu i nie wiedzieć dlaczego, kompletnie nie wiedziałam co powiedzieć. Być
może jego wrodzona mądrość i charyzma tak na mnie działały. Weź się w garść,
nakazałam sobie. Przecież przyszłam tu w konkretnym celu. Jednak przez ponad
minutę nie mogłam wydobyć z siebie ani słowa. A przecież znaliśmy się już od
dobrych stu lat i nie widzieliśmy się zaledwie półtora roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz