To był słoneczny,
jesienny dzień. Wracając do domu mogłam podziwiać potęgę Mrocznej Puszczy.
Przyglądałam się promieniom słońca tańczącym w koronach drzew i słuchałam
odgłosów przyrody, co jak zwykle mnie uspakajało i wyciszało. Muszę przyznać,
że gdy jeździłam tak samotnie po lesie, nie doskwierała mi samotność.
Najwyraźniej, po około tysiącu lat życia przywykłam do tego, że jestem zdana
tylko na siebie. Tak niegdyś powiedziała mi matka. Dziwiłam się, gdy mi to
mówiła. Wiedziałam bowiem, że zanim poznała ojca, miała wielu przyjaciół w swym
rodzinnym Rivendell. Nic dziwnego, ponieważ od zawsze była inteligentna,
pomocna, empatyczna i miła dla wszystkich – ot, prawdziwa dusza towarzystwa. W
dodatku potrafiła urzec każdego swą grą na harfie. W jej młodości uważano ją za
bardzo utalentowaną, obiecującą elfkę. Nawet sam lord Elrond był nią
zafascynowany. Niestety, nie nacieszono się nią w Imladris dłużej niż przez
niecałe dwa stulecia, bowiem poznała ojca, zakochali się w sobie i niedługo
potem wyszła za mąż jednocześnie przenosząc się wraz z nim do Mrocznej Puszczy.
Co do ojca, to był on istnym ideałem.
Młodszy brat i zarazem zastępca króla
Thranduila, przystojny, odważny, mądry, szlachetny i waleczny – zawsze bowiem
aż rwał się do udziału w bitwach. Nic dziwnego, że matka od razu go pokochała.
Gdy się urodziłam,
wszyscy byli pewni, że z charakteru wdam się w matkę, ponieważ byłam
niesamowicie do niej podobna z wyglądu. Jednak, kiedy podrosłam okazałam się
raczej taka jak ojciec. Już od dziecka ciągnęło mnie do walki. Wszyscy jednak
uznali, że jako bratanica króla nie muszę zaprzątać sobie tym głowy. Moje
prośby o naukę umiejętności walki zostały od razu zbyte. Zamiast tego uczono
mnie gry na lutni, języków oraz historii Śródziemia. W tym celu często
podróżowałyśmy z matką do Rivendell, gdzie byłam nauczana przez Elfy Wysokiego
Rodu. Wszędzie traktowano mnie jak jakąś
rozrywkę, twierdzono bowiem, że „tak uroczego dziecka dawno nie widziano”. Był
to jeden z powodów, dla których jeszcze bardziej chciałam zmienić tryb życia. Jednak
zarówno rodzice, jak i nawet sam Thranduil byli nieugięci i chcieli, abym była
artystką tak jak matka. Mijały lata. Dorosłam i częściowo pogodziłam się już z
tym, że nie zostanę wojowniczką. Języki i historię Śródziemia miałam już
opanowane niemal do perfekcji. Coraz częściej byłam zapraszana na uczty i
mogłam brać udział w oficjalnych spotkaniach i naradach w Mrocznej Puszczy.
Zaczęłam się więc interesować tym, co się dzieje na świecie. Jednak, choć
dopuszczano mnie już do głosu, to nie mogłam o niczym decydować.
Mimo, że byłam
powszechnie lubiana w Leśnym Królestwie, nie miałam bliższych przyjaciół.
Zawsze byłam zbyt zajęta nauką. Gdy jeszcze byłam nastolatką, rodzice chcieli,
abym uczyła się od mojego kuzyna, Legolasa. Ja jednak stanowczo odmówiłam,
ponieważ, mimo wymienianych oficjalnych uprzejmości, po prostu za nim nie
przepadałam. Choć dla wielu elfic mógłby wydawać się ideałem, dla mnie
pozostawał sztywnym i poważnym księciem, z którym nie można nawet swobodnie
porozmawiać.
Kiedy już byłam
niemal dorosła, zaczęło się mną interesować kilku młodych elfów. Jeden był z
Leśnego Królestwa, a dwóch pozostałych widywałam podczas lekcji w Rivendell.
Ponieważ od zawsze nie mogłam zaakceptować siebie jako wykształconą, łagodną i
urokliwą elfkę (tak jak zostałam wychowana) postanowiłam nie zwracać na nich
uwagi. Owszem, polubiłam ich, ale nie byli dla mnie nikim więcej niż tylko
sympatycznymi znajomymi. Celowo
wytworzyłam wokół siebie mur, gdyż tak naprawdę nie byłam tą grzeczną elfką,
którą znali z zebrań oraz lekcji historii. Po co miałabym wdawać się w jakąś
poważniejszą relację z kimś, kto nie zna prawdziwej mnie?
Jednak, pomimo, iż
nigdy bym nie przypuszczałabym, że tak będzie, stałam się zupełnie kimś innym.
Wszystko przez jedno niefortunne wydarzenie podczas jednej z licznych bitew, w
których udział brał mój ojciec. Miałam wówczas już ponad 100 lat i dawno już przywykłam
do narzuconego mi przez rodziców trybu życia. W Śródziemiu był to okres częstych
wojen. Wzrosła potęga twierdzy Dol Guldur, mówiono, że odradza się sam Sauron w
nowej, jeszcze groźniejszej postaci. Zanosiło się na kolejną bitwę. Mój ojciec,
jak to na niego przystało, oczywiście razem z Thranduilem brał w niej udział.
Niby miało być to zwyczajne rozgromienie nowoprzybyłych do Dol Guldur orków,
jednak byłyśmy wraz z matką bardzo niespokojne. Okazało się, że nie bez powodu.
Gdy po wszystkim nasze wojska powróciły wraz z królem do Leśnego Królestwa, na
pierwszy rzut oka wszystko wydawało się w porządku. Wszystko, z wyjątkiem tego,
że brakowało mojego ojca. Thranduil, który wyglądał na wyjątkowo tym faktem
zaniepokojonego, wyjaśnił nam naprędce, dlaczego tak się stało. Otóż okazało
się, że podczas bitwy (o wiele cięższej niż przewidywano) wydarzył się pewien
wypadek. Przyjaciel mojego ojca, z którym zawsze osłaniali się podczas walki,
wpadł w pułapkę, został ogłuszony i porwany przez orków. Nieszczęśliwie, ojciec
akurat również był otoczony i nie mógł przyjść mu z pomocą. Jednak, gdy tylko
uporał się z przeciwnikiem, natychmiast ruszył w pogoń za orkami. Walczący w
oddali Thranduil krzyczał mu, aby poczekał, ale on go nie słyszał. Później, po
bitwie, król usiłował go szukać, lecz nigdzie nie natrafił na ślady brata.
Byłyśmy bardzo zszokowane. Zresztą nie tylko nas to
zadziwiło. Niemal cała Mroczna Puszcza pogrążyła się w żałobie, ponieważ
obawiano się, że ojciec – znany powszechnie jako niezwykle odważny i szlachetny
brat króla – więcej nie wróci. Mimo wszystko, obie z matką nie traciłyśmy
wiary, że jeszcze go zobaczymy nawet wtedy, gdy sam Thranduil i jego rodzina
stracili nadzieję na jego powrót. Jednak mijały miesiące, lata, a o ojcu słuch
zaginął. Z każdym rokiem matka coraz bardziej popadała w przygnębienie. Ja
również nie czułam się najlepiej, ale byłam optymistką. Z matką natomiast było
coraz gorzej. Zaczęła unikać innych, stała się skryta, coraz częściej zamykała
się na wiele godzin w swoim pokoju, całkowicie porzuciła życie towarzyskie i
nasze podróże do Rivendell. Martwiliśmy się o nią i nie widzieliśmy jak jej
pomóc. Nie wiedziałam co robić i myślałam, że oszaleję od nadmiaru trosk.
Porzuciłam grę na lutni oraz studiowanie starych ksiąg. Postanowiłam, że
rozpocznę poszukiwania ojca na własną rękę. Jednak, aby się tym zająć, musiałam
nauczyć się tego, czego od zawsze pragnęłam – musiałam nauczyć się walczyć. To
dziwne, ale wśród panującego wokół przygnębienia, doznałam nagłego przypływu
entuzjazmu. Wreszcie bowiem mogłam spełnić swoje marzenie. Zdecydowałam się, że
poproszę Legolasa o pomoc. Nie byłam wcale chętna na zawieranie z nim jakiejś
przyjaźni (i wcale nie zamierzałam), ale wiedziałam, że tylko on wśród znanych
mi osób potrafi dochować tajemnicy w takiej sprawie. Nie chciałam bowiem, aby
moje plany rozeszły się po całym królestwie, gdyż wówczas król na pewno nie
pozwoliłby mi samodzielnie podjąć się wędrówki w nieznane i próbowałby mnie
powstrzymać. Ja jednak nie mogłam zwlekać ani chwili dłużej.
Tak więc
rozpoczęłam treningi z mym kuzynem. Był niezwykle zaskoczony, gdy poprosiłam go
o pomoc. Myślę, że to głownie przez to zaskoczenie przystał na moje warunki bez
zadawania dodatkowych pytań i zgodził
się ze mną trenować bez informowania o tym króla i mojej matki. Ku memu
zaskoczeniu, okazał się zadziwiająco dobrym nauczycielem. Cierpliwie uczył mnie
strzelać z łuku, a gdy a jako tako opanowałam już tę umiejętność (co udało mi
się szybciej niż się spodziewałam -
nauka szła mi bowiem bardzo dobrze), udzielał mi lekcji również z walki
mieczem. Pewnego razu, po około miesiącu intensywnego trenowania ,wyznał mi, że
mam niesamowity talent bitewny. Uśmiechnęłam się tylko na te słowa, tłumiąc
zdziwienie. Wyglądało na to, że Legolas
polubił mnie bardziej niż ja jego. Widać nie przeszkadzało mu to, że zawsze
odnosiłam się do niego jedynie w stylu oficjalnym, a podczas naszych sekretnych
lekcji wymienialiśmy ze sobą jedynie
uwagi odnośnie mojego treningu. Choć nadal nie zmieniłam zdania na jego temat,
byłam mu niezwykle wdzięczna za to, co dla mnie robił. Zwłaszcza za to, że nie
wypytywał mnie, skąd ta nagła chęć do stania się wojowniczką.
Wkrótce udało mi
się zrealizować moje postanowienie. Tak jak zamierzałam, nikt się nie
dowiedział o moich potajemnych lekcjach. Zresztą nasi najbliżsi mieli wówczas
inne zmartwienia. W tym czasie elfowie wreszcie uporali się z orkami z Dol
Guldur. Wydawało się, że w pobliżu naszych ziem wreszcie zapanuje pokój. Nasze
wojska odetchnęły, ciesząc się z tymczasowego pokoju.
Nawet w obliczu
zwycięstw odniesionych przez naszych pobratymców, stan mojej matki się nie
poprawił. Thranduil radził, aby dać jej trochę czasu. Ja jednak wiedziałam, że
upływ czasu nic tu nie da. Po przeszło pół roku trenowania z Legolasem stałam
się już całkiem niezłą wojowniczką. Moją ulubioną bronią był łuk, choć bardzo
dobrze radziłam sobie także ze sztyletami. Mogłabym się poczuć szczęśliwa,
gdyby nie ciążąca mi świadomość o obowiązku odszukania ojca. Byłam już
całkowicie gotowa się go podjąć. Nie tyle dla siebie, co dla matki. Choć bardzo
mi go brakowało, nie uznałam go za zmarłego, tak jak zrobili to inni. Wciąż
miałam niewielką nadzieję, że jeszcze wróci. Jednak zaczęłam się już nawet
szykować na tę niebezpieczną, być może beznadziejną wyprawę i zamierzałam
niebawem wymknąć się niepostrzeżenie. Moje plany jednak całkowicie się
rozwiały, gdy pewnego dnia matka oznajmiła mi, że zamierza nas opuścić, aby
wraz z niewielką gromadą elfów z Rivendell udać się do Valinoru.
- Clarlien – rzekła – może nie żyję na tym świecie tak
długo, jak inni elfowie, lecz doznawałam już bardzo wielu różnych przeżyć i
czasem potrafię przeczuć, co się wydarzy.
- Każdy z nas posiada intuicję – odparłam.
- Być może. Ja jednak czuję, że nie ma tu dla mnie miejsca.
Twój ojciec więcej nie wróci, Clarlien. A póki nie ma go wśród nas, nie ma tu
miejsca także i dla mnie. Dlatego czuję, że muszę udać się za morze wraz z
kilkoma moimi krewnymi – na te słowa
bardzo się zdumiałam. Niewielu bowiem elfów z Mrocznej Puszczy opuszczało
Śródziemie. Słyszałam natomiast, że co jakiś czas całkiem sporo tych z
Rivendell się na to decydowało. Nie sądziłam, że kiedykolwiek dołączy do nich
moja matka. - Oczywiście, jeśli pozwolisz. Ale od dawna jesteś już dorosła i
myślę, że dasz sobie radę.
- Ja… poradzę sobie. Ale czy naprawdę tego chcesz? Czy
naprawdę masz dość życia tu, z nami? Są inne rozwiązania. Nadal możemy odnaleźć
ojca. Wystarczy poprosić o pomoc więcej osób i… - już chciałam jej wyjawić
prawdę, że sama dołączę do poszukiwań i nie spocznę, póki nie natrafię na
jakieś ślady ojca, gdy nagle matka weszła mi w słowo.
- Nikt nam nie pomoże, Clarlien, ponieważ nikt oprócz nas
nie wierzy w powodzenie tej misji. Zapamiętaj sobie: tutaj każda z nas jest
zdana tylko na siebie – dodała z wyraźnym znużeniem.
Zdałam sobie wówczas sprawę, że nie ma sensu nawet wspominać
jej o moich planach. Już podjęła decyzję.
- Dobrze – powiedziałam po dłuższej chwili milczenia. – A
zatem udaj się do Valinoru, jeśli uważasz to za słuszne. Zrozumiem to.
Jeżeli jej życie
dalej miałoby wyglądać tak jak po zaginięciu ojca, to może i lepiej, że
postanowiła opuścić Śródziemie. Przynajmniej będzie szczęśliwa.
Równo miesiąc po
tej rozmowie (co miało miejsce 20 lat po zaginięciu ojca) moja matka raz na
zawsze wyjechała z Mrocznej Puszczy. Thranduil i nasi najbliżsi znajomi wydawali się być zadowoleni z takiego obrotu
wydarzeń - cieszyli się, że nie będzie
musiała się już zamartwiać. Pożegnali ją ciepło. Ja natomiast pojechałam z
matką aż do Imladris, skąd wraz z innymi miała udać się do Szarej Przystani.
Gdy ostatni raz się żegnałyśmy, wyznałam jej, że w tajemnicy nauczyłam się
walczyć i że gdy wrócę do domu, zamierzam ubiegać się o dołączenie do naszego
wojska. Nie była owym faktem zdumiona. Powiedziała mi natomiast, że od zawsze
widziała we mnie potencjał wojowniczki, ale nie chciała, abym go rozwijała w
trosce o moje bezpieczeństwo. Zaraz potem dodała, że popełniła błąd, gdy
chciała jak najdalej odciągnąć mnie od tego, czego zawsze pragnęłam i że mój
talent bitewny na pewno zostanie doceniony przez króla. Poprosiła, abym
słuchała się Thranduila, który podobno obiecał się mną zająć. Na ostatku
dodała, że życie stoi przede mną otworem i abym pamiętała, że sama o nim
decyduję. Wiedziałam, że znów miała na myśli, że jestem zdana tylko na siebie.
To było dla mnie
bardzo trudne. Mimo, że zadawałam sobie sprawę, że nie było innego wyjścia, to
i tak po odejściu matki czułam się niezwykle samotna. Thranduil najwyraźniej postanowił rzeczywiście
się mną zaopiekować. Kiedy powiedziałam mu, że chcę wstąpić do naszego wojska,
nie wydawał się być zaskoczony. Zastrzegł jednak, że zanim tam wstąpię, będę
musiała jeszcze przez jakiś czas poćwiczyć walkę. Tak więc spędziłam kolejne
kilkadziesiąt lat na ćwiczeniach. Dobrze się złożyło, bowiem dzięki temu miałam
jakieś zajęcie, przez co mniej brakowało mi rodziców. Zwykle trenowałam w
samotności. Czasem jednak wybierałam się w podróże do Rivendell, gdzie zawsze
spotykałam się z ciepłym powitaniem i sporo się uczyłam od tamtejszych,
doświadczonych w walce elfów. Gdy moje umiejętności bitewne były już na bardzo
wysokim poziomie, wreszcie oficjalnie zostałam przydzielona do oddziału
łuczników z Leśnego Królestwa. Czułam się wówczas dumna i szczęśliwa. Ochoczo
włączałam się do każdej walki, nie patrząc na to, jak bardzo jest
niebezpieczna. Król, choć nie zawsze był zadowolony z mojej gorliwości, to
jednak znał moje umiejętności na tyle, aby pozwolić mi walczyć.
Nadal z nikim się
bliżej nie przyjaźniłam. Po prostu nie byłam na to gotowa. Swoją funkcję
łuczniczki traktowałam niezwykle poważnie, szukając w bitwie zapomnienia
przeszłości. Na wiele rzeczy miałam jeszcze czas - w końcu, byłam jeszcze
bardzo młoda jak na elfa.
Czas płynął, a ja z
każdym rokiem nabierałam większego doświadczenia bojowego. Stałam się naprawdę
śmiercionośna. Thranduil i Legolas przyglądali się temu ukradkiem, ale nic nie
mówili na ten temat. Prawda była taka, że mój kuzyn zaczął mi imponować. Nie
pod względem charakteru czy urody, lecz pod względem niezwykłego talentu bitewnego
i sprawności fizycznej. Podziwiałam u niego te dwie rzeczy za każdym razem, gdy
dowodził naszym wojskiem, a ja oczywiście, jako jego kuzynka, walczyłam w jego
pobliżu. Z początku brałam to za zwyczajny zbieg okoliczności, czy po prostu
przypadkowe zajęcie pozycji. Jednak, po latach powtarzającej się takiej
taktyki, zdałam sobie sprawę, że to być może mój stryj kazał mu walczyć obok
mnie, aby Legolas w razie czego mnie obronił. To spostrzeżenie bardzo mnie
zirytowało, gdyż nie chciałam wzbudzać w innych potrzeby chronienia mnie.
Dlaczego mam być mniej sprawna i wyćwiczona od mego kuzyna? Postanowiłam
wówczas zawziąć się i stać się tak samo dobra jak on. Od tej pory każdą wolną
chwilę poświęcałam na treningi i ćwiczenia. Czasem wyprawiałam się nawet
samotnie w nieznane. Zakradałam się w okolice Dol Guldur i wertowałam okolicę.
Nieraz samodzielnie walczyłam ze stadem olbrzymich pająków czy grupą kilku
orków. Fakt, iż potrafię bez niczyjej pomocy uporać się z przeciwnikiem,
napawał mnie wielką radością. Lubiłam walkę i uważałam, że jestem do niej
stworzona. Te wyprawy, bitwy od czasu do czasu, wieczne treningi oraz podróże
do Rivendell - to było całe moje życie.
Około dwa stulecia
później (gdy moje umiejętności bitewne nie powstydziłyby się zdolnościom mojego
kuzyna) wreszcie udało mi się osiągnąć coś więcej, niż tylko funkcję
wojowniczki z Mrocznej Puszczy. Pewnego razu, sam Thranduil zaproponował mi,
abym została dowódczynią straży królewskiej. Na te słowa całkiem osłupiałam,
ponieważ była to propozycja nie do odrzucenia, o której marzył zapewne każdy z
naszego wojska.
- Ale... dlaczego ja? - tylko tyle zdołałam wykrztusić
stojąc przed stryjem, który siedział na swoim ogromnym tronie i wpatrywał się
we mnie.
- Myślałem, że sama się domyślisz, dlaczego. Jesteś
cierpliwa, zdeterminowana i bardzo zdolna jak na swój młody wiek. Widziałem
cię, jak trenujesz. Jeszcze nigdy nie spostrzegłem, aby ktoś robił to z podobną
pasją. To rzadki talent, który nie może się zmarnować.
- Naprawdę uważasz, że mam talent? - spytałam cicho. - To
pewnie po ojcu - dodałam jeszcze ciszej. Thranduil zamyślił się na te słowa.
- Masz rację. Twój ojciec był wspaniałym elfem, doskonałym
wojownikiem. Ty też doskonale radzisz sobie w boju, szybko się uczysz. Jeśli
zgodzisz się dowodzić strażą, cały oddział będzie cię słuchać i podziwiać.
Wielu zainspiruje twój talent bitewny - tu spojrzał znów na mnie i uśmiechnął
się - to jak będzie, Clarlien?
- Przecież wiesz, stryju. To oczywiste, że przyjmuję tę
propozycję - gdy to mówiłam, oczy zapłonęły mi wielką radością. Ukłoniłam się
lekko. - Nie wiem, jak ci dziękować.
- Nie masz za co. Zasłużyłaś na to - król wstał, objął mnie
i uścisnął lekko.
Czułam się wówczas
wreszcie spełniona. Odział straży królewskiej powitał mnie ciepło jako
dowódczynię. Tak jak przewidział stryj, z czasem stałam się znaną, szanowaną
wojowniczką w Leśnym Królestwie. Ale choć mogłam dowodzić podczas bitew,
wszystkie moje decyzje podlegały Legolasowi. Mimo, że to ja wydawałam rozkazy,
zawsze musiałam z nim współpracować i przedstawiać mu moje plany. Choć
początkowo nie byłam tym faktem zbyt zadowolona, z czasem przywykłam do tego i
muszę przyznać, że całkiem nieźle nam się współdziałało. Mając tak wysokie
stanowisko, zyskałam także prawo głosu podczas narad wojennych i spotkań z
przedstawicielami wojsk z Rivendell i Lorien, a czasem również przywódcami
ludzkich królestw. Podczas tych narad bardzo przydała mi się moja doskonała
znajomość historii Śródziemia. Dzięki tej wiedzy nierzadko mogłam dyskutować
nawet z samym lordem Elrondem czy panią Galadrielą. Czas upływał mi na
podróżach (byłam bowiem posyłana przez króla jako posłaniec w celu noszenia
ważnych wiadomości), rozmowach o polityce oraz wyruszaniu na zwiadowcze wyprawy
z kilkoma najlepszymi w królestwie wojownikami. Dzięki takiej ilości
powierzanych mi zadań (odkąd pewnego dnia Thranduil pochwalił moją
odpowiedzialność, miałam jeszcze więcej spraw na głowie) nie miałam czasu na
rozpamiętywanie przeszłości. Było mi to bardzo na rękę. Nie tylko nie miałam
czasu na smutne przemyślenia dotyczące mojego życia, ale również czułam się
potrzebna i doceniana. Zawsze chciałam pełnić ważne zadania dotyczące walki i
wreszcie mogłam to robić.
W ten sposób minęło
kilka wieków. Choć byłam pozornie szczęśliwa, zdarzały mi się chwile, gdy
czułam się bardzo samotna. Przez te wszystkie lata nie wdałam się z nikim w
jakąś bliższą relację. Zawsze tłumaczyłam to sobie dużą ilością obowiązków
związanych z moim ważnym stanowiskiem, ale prawdziwą przyczyną tego było to, że
od zawsze byłam bardzo skryta i nigdy nie starłam się o coś takiego jak
przyjaźń. Wraz z moim kuzynem oraz kilkoma najważniejszymi członkami oddziału
straży byliśmy dla siebie jedynie szanowanymi kompanami i nikim więcej. Mimo,
iż gdyby zaszłaby taka potrzeba, ryzykowalibyśmy dla siebie życie, to nie
spędzaliśmy razem wolnego czasu i rozmawialiśmy jedynie o sprawach zawodowych.
Najbliższą osobą w królestwie był dla mnie Thranduil. Kochałam go prawie jak
ojca i doceniałam za to, co dla mnie robił od odejścia moich rodziców. Nigdy
jednak nie zwierzałam mu się, ani nie wyjawiałam przed nim moich problemów.
***
Owe uczucie
wszechogarniającej samotności dziś znów do mnie wróciło. Choć lubiłam moje
samotne przejażdżki, teraz poczułam nagłą potrzebę obecności drugiej osoby.
Spięłam więc konia, aby szybciej być w domu. Choć był dopiero wczesny wieczór i
słońce jeszcze nie zaszło, tutaj, w Mrocznej Puszczy było już niemal całkowicie
ciemno. Nie było to nic nadzwyczajnego. Zwłaszcza, że jechałam tą częścią lasu,
która już dawno temu dała opanować się czarnej magii z Dol Guldur. Pamiętałam
czasy, gdy jeszcze był to Zielony Las i bardzo żałowałam, że akurat tutaj, w
moich rodzinnych stronach, zło musiało wyrządzić przyrodzie tak wiele szkód.
Dawniej Leśne Królestwo otoczone było pięknym, jasnym lasem, gdzie od dziecka
każdego dnia chętnie wybierałam się na spacery. Wiele lat temu jednak stało się
takim jak teraz, ciemnym, nieprzyjemnym miejscem, w którym nigdy nie wiedziało
się, na co się natrafi. Tak więc, jeśli chciałam wybrać się na jakąś
dłuższą wędrówkę na łonie natury, musiałam opuszczać Mroczną Puszczę.
Gdy koń
przyśpieszył, mknęłam po ścieżce jak strzała i ani się obejrzałam, a przede mną
ukazał się most i drzwi do pałacu. Zatrzymałam się, zeszłam z konia i kazałam
służbie odprowadzić go do stajni, po czym otworzyłam drzwi i udałam się do
króla, aby się przywitać. Zastałam go w przechadzającego się nerwowo przed
tronem. Zdziwiłam się. Czyżby coś się stało w czasie mojej kilkudniowej
nieobecności?