poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział 7

    Przez ten krótki okres celowo unikałam Thranduila. Nie było to trudne, ponieważ w końcu spędzałam całe dni w lesie na tyłach pałacu, gdzie nikt zazwyczaj się nie zapuszczał. Jednakże, trzeciego dnia od ucieczki krasnoludów, natknęłam się na stryja na korytarzu.Wracałam właśnie z jadalni, kiedy zauważyłam go rozmawiającego z jakimś służącym. Chciałam szybko odejść bocznym korytarzem, lecz dostrzegł mnie i było już za późno. Westchnęłam więc tylko i zaczekałam, aż do mnie podejdzie. Stanąwszy przede mną, omiótł mnie wzrokiem marszcząc nieco przy tym brwi.
    - Dawno się nie widzieliśmy, Clarlien – rzekł odrobinę rozbawionym tonem.
    - Owszem – odparłam niewzruszona patrząc mu prosto w oczy. – Byłam nieco zajęta.
    Thranduil uśmiechnął się lekko na te słowa.
    - Czymże, jeśli można wiedzieć? – spytał zaciekawiony.
    - Trenowałam. – Przewróciłam oczami. – Znasz mnie przecież na tyle dobrze, aby wiedzieć, że nic nie zajmuje mnie tak bardzo jak walka.
    - A zatem dobrze się składa – powiedział nieco poważniejąc. – Wyruszamy dziś bowiem do Ereboru na wojnę z krasnoludami. – Słowo „krasnoludy” wymówił jak zwykle z pogardą.
    Ja zaś pobladłam nieco i otworzyłam szerzej oczy, gdy to usłyszałam. Czy on mówił poważnie?! Widząc moją reakcję, Thranduil znów się uśmiechnął.
    - Nie martw się – dodał. – Dam im trochę czasu na podjęcie decyzji. Jeżeli zdecydują się oddać nam naszą własność, będzie po sprawie.
    - Masz na myśli te białe kamienie?
    Król pokiwał głową.
    - Naprawdę podejmiesz wojnę z powodu takiego drobiazgu?! – zawołałam poirytowana. – Będziesz ryzykował śmierć naszych wojowników, aby odzyskać biżuterię?!
    - O co ci znowu chodzi?! – Tym razem widać było, iż zaczyna tracić cierpliwość. – Dobrze przecież wiesz, że zostaliśmy oszukani! I nie próbuj bronić Dębowej Tarczy i jego nędznej kompanii!
    - W porządku... – rzekłam już nieco spokojniej, choć policzki nadal mi płonęły, a w oczach zapewne malował się gniew. Nie mogłam przecież dać po sobie poznać, że zależy mi na krasnoludach. – Wątpię jednak, aby doszło do jakiejś wojny pomiędzy nami. Zapewne krasnoludy okażą się mądrzejsze niż sądzisz i zwrócą ci te kamienie – westchnęłam.
    - Żebyś się nie zdziwiła – odparł łagodniejszym tonem. – Wyruszamy za godzinę. Wyszykujesz się do tego czasu?
    Przytaknęłam i już miałam odejść, gdy do głowy przyszło mi jeszcze jedno nurtujące mnie pytanie.
    - Gdzie poszli Tauriel i Legolas? – Spojrzałam na niego uważnie. – Czyżbyś wysłał ich na jakąś misję bez mojej wiedzy?
    Thranduil pokręcił tylko głową, a na jego twarzy pojawiło się jakieś dziwne uczucie. Smutek? Gniew? Nie potrafiłam tego określić.
    - Nie – odpowiedział krótko. – Opuścili królestwo bez mojego pozwolenia. Dotarli do Esgaroth i walczyli tam z tymi orkami, którzy wdarli się na nasze ziemie. Teraz podobno pojechali do Gundabadu. Wiem to od posłańca, którego wysłałem o świcie nad jezioro – powiedział zagadkowym tonem i spojrzał mi w oczy.
    - Do Gundabadu? Ale po co? – Uniosłam obie brwi. Twierdza u granic dawnego królestwa Angmaru nie była ani ciekawym, ani bezpiecznym miejscem. Nikt z naszych nie zapuszczał się tam bez potrzeby. Gdy stałam się już doświadczoną wojowniczką, byłam tam raz na jednej z bitew, która stanowiła ledwie namiastkę wojen, jakie toczono tam parę tysięcy lat temu. Z opowieści ojca wiedziałam, iż tam właśnie zginęła żona stryja i matka Legolasa. Ponieważ król nigdy o tym nie mówił, nie ośmieliłam się zadawać pytań na ten temat. 
    - Legolas twierdzi, iż orkowie, z którymi walczyliście, właśnie stamtąd pochodzą i oczywiście chce zbadać tę sprawę. – Thranduil ruszył korytarzem w stronę mojego pokoju i dał mi znak, aby poszła za nim.
    Ruszyliśmy więc nie przerywając rozmowy. Słuchałam nieco zdezorientowana, starając się analizować fakty. Zaczęłam żałować, iż nie pojechałam wraz z mym kuzynem. Mogła być to bowiem jedyna szansa, aby dowiedzieć się czegoś o obecnej sytuacji. Jednakże, może lepiej było, abym wraz ze stryjem pojechała do Ereboru. Ktoś musiał dopilnować, żeby nie doszło do bezsensownej wojny, gdy groziło nam prawdziwe niebezpieczeństwo z innej strony. Mimo tylu informacji, coś mi tu nie pasowało... Nagle zdałam sobie sprawę, że muszę wiedzieć coś jeszcze.
    - Skoro krasnoludy są znów w Ereborze, to smok nie żyje prawda? Wiesz coś o tym, kto go zabił?
    - To ty nic nie wiesz? – zdziwił się stryj. – Od samego ranka chyba wszyscy w królestwie o tym mówią. Cóż, najwyraźniej nie powinnaś spędzać tyle czasu trenując z dala od innych... Smok został zabity dzisiejszej nocy. Nim zginął, zdążył spalić niewielką część Miasta na Jeziorze, lecz w porę zgładził go człowiek imieniem Bard.
     Zatrzymaliśmy się przed drzwiami mojego pokoju.
    - Masz dużą wiedzę, jak na kogoś, kto nie opuszcza ostatnio królestwa – zaśmiałam się. – Następnym razem nic nie ujdzie mojej uwadze.
    - Cieszę się, że przynajmniej ty jesteś posłuszna i zostałaś tu ze mną. – Thranduil położył mi dłoń na ramieniu. – A teraz idź już przygotować się do drogi – powiedział, po czym odwrócił się i odszedł.
    Nie czekając ani chwili weszłam do swej komnaty i zamknęłam za sobą drzwi. Ponieważ nie miałam zbyt wiele czasu, spakowałam pośpiesznie najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy byłam już gotowa, podeszłam do lustra wiszącego obok mojej garderoby i przyjrzałam się swemu odbiciu. Niby wyglądałam tak jak zawsze – wysoka i szczupła sylwetka, długie jasnoblond włosy zaczesane do tyłu, wąskie jasne brwi i oczy o dziwnej niebieskozielonej barwie – a mimo to odniosłam wrażenie, iż do mojego wyglądu wdarło się coś obcego. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że jest to zapewne niepokój malujący się na mojej twarzy. Westchnęłam więc tylko i postanowiłam, że nie wolno mi tego okazać przed stryjem. Będę musiała wyglądać na całkowicie spokojną.
   Wychodząc z pokoju, rozmyślałam nad tym, co przyniesie dzisiejszy dzień. Miałam nadzieję, iż w rzeczywistości nie dojdzie do żadnej wojny pomiędzy nami a krasnoludami. Nie mogłam być jednak co do tego pewna. Teraz tak naprawdę wszystko zależało od rozsądku Thorina i Thranduila. Po stryju można było spodziewać się wszystkiego, a co do Thorina, to miałam pewne obawy dotyczące jego osoby. Mogło się bowiem zdarzyć, że złoto Ereboru zawładnie nim tak jak przed laty zawładnęło jego dziadkiem... albo i nie. Od dawna mu ufałam i szczerze powiedziawszy byłam dobrej myśli. Liczyłam, że mój przyjaciel jednak nie podda się tej chorobie umysłu. Z pewnością nie pozwoliłaby mu na to jego wrodzona mądrość oraz silny charakter.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz