Nie
wiedziałam co powiedzieć. Stałam tylko i patrzyłam na Thorina, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i odezwać się pierwszy.
- Clarlien – rzekł dosyć pogodnym tonem i spojrzał mi w
oczy. – Przyszłaś się przywitać?
Uśmiechnęłam się
lekko, lecz potrząsnęłam głową.
- Mogę wiedzieć, co tutaj robicie? – zapytałam prosto z
mostu. Nie chciałam zwlekać.
- Najwyraźniej nas uwięziono – powiedział ponuro. – Czy nie
widać?
- Ale dlaczego szliście przez Mroczną Puszczę? –
Zmarszczyłam brwi. – To, że natraficie na nasz oddział było raczej do
przewidzenia.
- To była jedyna droga – odparł krótko. – Może ty mi raczej
powiesz, czemu cię nie było, kiedy nas złapano? Jesteś przecież dowódczynią
straży – zerknął na mnie uważnie.
- Akurat wyjechałam do Rivendell – rzekłam. – Słyszałam, że
tam gościliście.
To była prawda.
Podczas ostatniej wizyty w Imladris usłyszałam od Elronda, że ostatnio była u
nich kompania Thorina. Postanowiłam jednak póki co nie zdradzać tego faktu
stryjowi i zachować to dla siebie.
Thorin pokiwał
powoli głową.
- Wiesz co – powiedziałam – opowiedz mi o podróży. Podobno
ścigali was orkowie.
- To dość długa historia. – Zmarszczył czoło.
- Ależ mamy jeszcze jakieś pół nocy – uśmiechnęłam się.
Byłam niezwykle ciekawa, co im się
przytrafiło.
- Dobrze, zatem słuchaj – westchnął.
Opowiedział mi
wówczas o tym, jak to pewnego wieczoru spotkał w Bree Gandalfa Szarego i jak
czarodziej nakazał mu odzyskanie ojczyzny. Niedługo potem zebrał swych
trzynastu pobratymców i wyruszył do Shire, skąd mieli zabrać ze sobą pewnego
niziołka. Bardzo mnie to zdziwiło, bowiem nigdy nie sądziłabym, iż właśnie
hobbit nadawałby się na taką wyprawę. Jednak ten hobbit (na imię miał Bilbo)
okazał się naprawdę wyjątkowy pod względem odwagi i sprytu. Wielokrotnie bowiem
to właśnie on (gdy Gandalfa nie było w pobliżu) ratował kompanię w
niebezpiecznych sytuacjach, m.in. w przypadku pojmania krasnoludów przez trolle
czy pająki. Ocalił nawet życie Thorinowi. Nieszczęśliwie okazało się bowiem, iż
Azog Plugawiec, rzekomo zabity w Morii, jednak żyje i poluje na krasnoludów.
Ścigał ich od wyjścia z Rivendell. W końcu, wraz ze swymi orkami i wargami
otoczyli kompanię (która właśnie ledwo umknęła przed goblinami) zmuszając ją do
wejścia na drzewa. Thorin, jak to zwykle ujął się honorem i podjął się
beznadziejnej walki z Bladym Orkiem, przez co zginąłby, gdyby nie niziołek.
Cała kompania zresztą także skończyłaby marnie, gdyby nie orły, które ich
zabrały. Udało im się uciec przed Azogiem, jednak nie na długo. Przeżyli tylko
dlatego, iż udało im się schronić u Beorna (słyszałam, że jest to człowiek
żyjący gdzieś niedaleko Mrocznej Puszczy, umiejący zamieniać się w ogromnego
niedźwiedzia). A wszystko dzięki czarodziejowi. Jednakże Gandalf musiał ich
opuścić. Zaraz potem kompania weszła do Mrocznej Puszczy, zgubiła się schodząc
ze ścieżki, natrafiła na pająki i podczas walki z nimi została złapana przez
naszą straż. Tak w skrócie przedstawiała się sytuacja.
Słuchałam z uwagą,
od czasu do czasu dając upust swemu zdumieniu, podziwowi lub irytacji. Gdy
Thorin skończył mówić, spojrzał znów na mnie i rzekł:
- Uwolnij nas, Clarlien.
Zerknęłam na niego
zaskoczona. Nie sądziłam, iż będzie mnie prosił o coś takiego.
- Co? – zapytałam zdezorientowana. – Przecież wiesz, że nie
mogę.
- Myślę, że możesz – powiedział zdecydowanie. – Dowiedz się,
gdzie są klucze, weź je i zrób to. Masz wysokie stanowisko, posłuchają się
ciebie – nalegał.
- Nie mogę – powtórzyłam z napięciem w głosie. – To nie tak,
jak myślisz. Nawet jeżeli wezmę te klucze i was uwolnię, wszystko wyjdzie na
jaw. Zrobiłabym to, ale gdyby Thranduil się o tym dowiedział (co nastąpiłoby
zapewne szybko) straciłabym to, o co przez wiele lat zabiegałam.
Thorin wpatrywał się we mnie z nieco gniewnym spojrzeniem.
- Jego zaufanie? – zapytał z pogardą. – Czy wysokie
stanowisko?
- I jedno, i drugie – spuściłam wzrok.
- Nie warto – odparł. – Nie warto tak się dla niego starać.
On... nawet nie myśli racjonalnie – w jego głosie narastał gniew. – Przyjrzyj
się tej sytuacji z innej strony. Nie dość, że pozostał obojętny na nasze dawne
prośby o pomoc i po latach nas tu zamknął (a jak wiesz, nie zrobiliśmy mu nic
złego), to jeszcze śmiał proponować mi jakieś żałosne układy. Że niby nas
uwolni i nam pomoże... I to w zamian za co?! Za garść białych kamieni! – Thorin
zbliżył się nieco do kraty ze wzburzonym wyrazem twarzy. Ja zaś tylko patrzyłam
na niego z powagą. Miał rację, stryj przesadził. Nie bardzo jednak wiedziałam, co
odpowiedzieć. – Jedyne na czym mu w życiu zależy, to te marne klejnoty!
- Posłuchaj, Thorinie – zaczęłam chłodno. – Zdaję sobie z tego
sprawę, ale każdy z nas ma jakieś wady. To samo mogłabym powiedzieć o
krasnoludach. Czy przypadkiem twój dziadek nie oszalał właśnie za sprawą
bogactw?
- Nie jestem... – zaczął, a ja przewidziałam, co chce
powiedzieć i przerwałam mu.
- Wiem – powiedziałam szybko. – Ale nie mogę nic poradzić w
tej sytuacji, przykro mi – ucięłam i spojrzałam mu w oczy. Malowało się w nich
rozczarowanie.
- Myślałem, że okażesz się bardziej lojalna temu, komu się
zwierzasz niż temu, z którym nawet nie rozmawiasz swobodnie – rzekł, po czym
usunął się w cień celi. – Widać się myliłem.
Tego już było dla
mnie za wiele. Czy on nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo byłam rozdarta?!
Powinien był się domyślić. Bardzo bowiem chciałam ich uwolnić, lecz jednocześnie
zależało mi też nie tyle co na zaufaniu stryja, co na zachowaniu mojego
stanowiska. Byłam teraz całkowicie bezradna.
Rzuciłam mu gniewne
spojrzenie i wysyczałam:
- Zobaczę, co da się zrobić – nie czekając na reakcję,
odwróciłam się na pięcie i odeszłam na górę.
Pobiegłam szybko do
swojej komnaty, nawet nie dbając o to, czy ktoś mnie widzi. W głowie
rozbrzmiewały mi słowa usłyszane w ciągu ostatniej godziny.
Gdy dotarłam do pokoju, od razu rzuciłam się na łóżko. Mimo wewnętrznego wzburzenia, od razu udało mi się zasnąć, gdyż byłam bardzo zmęczona tym długim dniem. Tej nocy nie śniłam o niczym.
Gdy dotarłam do pokoju, od razu rzuciłam się na łóżko. Mimo wewnętrznego wzburzenia, od razu udało mi się zasnąć, gdyż byłam bardzo zmęczona tym długim dniem. Tej nocy nie śniłam o niczym.
Następnego dnia
wstałam dosyć późno. Początkowo po przebudzeniu byłam odczułam coś w rodzaju
radości z powodu nowego dnia, w którym wreszcie będę mogła wybrać się na spacer
po naszym lesie. Zerknęłam w stronę mojego dużego okna. Świeciło słońce i było
dosyć ciepło. Gdy wyjrzałam na zewnątrz, lekki wiatr rozwiewał mi włosy.
Piękny, jesienny dzień.
Zaraz jednak
przypomniałam sobie wczorajsze wydarzenia i zdałam sobie sprawę, że ten dzień
wcale nie przedstawia się tak kolorowo. Od razu popsuło mi to humor. Zamknęłam
z trzaskiem okno, umyłam się i włożyłam na siebie mój strój bojowy (w jego
skład wchodziły ciemnobrązowe skórzane spodnie, nieco jaśniejsze długie buty z
podobnego materiału, ciemnozielony płaszcz oraz sztywna ochronna kamizelka z
grubej skóry), który zakładałam niemal codziennie. Wzięłam też ze sobą łuk,
kołczan i dwa sztylety wetknięte za pas, bowiem broń bardzo często przydawała
się podczas moich wycieczek do lasu.
Postanowiłam jak
zwykle wymknąć się niepostrzeżenie. W tym celu nie poszłam do wspólnej jadalni,
tylko zabrałam po drodze trochę prowiantu z kuchni.
Gdy wyszłam z
pałacu, nie wiedziałam, gdzie konkretnie się udać. Wiedziałam tylko, że
potrzebuję jakiegoś ustronnego miejsca, aby obmyślić parę spraw. Przeszłam
przez kamienny pomost łączący wrota królestwa z lasem, odeszłam w bok ze
ścieżki i ruszyłam przed siebie. Nie bałam się, iż się zgubię, gdyż od dawna
doskonale znałam każdą część lasu otaczającą pałac.
Szłam szybkim
krokiem przez jakąś godzinę. Otaczająca mnie Puszcza nie była tu jeszcze tak
zniszczona i zdziczała jak na obrzeżach. Drzewa były tu wysokie i stare.
Promienie słoneczne ledwo przedostawały się przez ich rozłożyste konary, teraz
pokryte liśćmi w różnych odcieniach pomarańczy, złota i czerwieni. Pojedyncze
plamki światła popołudniowego słońca tańczyły po ziemi. Wyglądało to naprawdę
pięknie.
Uwielbiałam jesień
w Mrocznej Puszczy. Każdego roku nie mogłam się nadziwić pięknie przyrody o tej
porze, dlatego tak często chodziłam na leśne wyprawy. Teraz jednak nie
zwracałam na to zbytniej uwagi. Miałam co innego na głowie.
Zatrzymałam się na
niewielkiej bezdrzewnej, pokrytej wyschniętą trawą polanie, którą przecinał
wąski strumień. Uklękłam koło niego i zanurzyłam dłonie. Mimo, iż dzień był
ciepły, woda była tak lodowata, że aż przeszedł mnie dreszcz. Jednakże
odświeżyło mi to umysł. Usiadłam, oparłam się o duży ciemny kamień i sięgnęłam
po prowiant. Spożywając suszone owoce, zaczęłam się zastanawiać jak wybrnąć z
obecnej sytuacji. Nie miałam pojęcia, jak pomóc Thorinowi i jego kompanii,
jednocześnie nie narażając się na gniew stryja i nie tracąc swego stanowiska.
Albo jedno, albo drugie.
Westchnęłam ciężko.
Cóż mogłam zrobić? Jak na złość nic akurat nie przychodziło mi do głowy. Bardzo
chciałam uwolnić krasnoludów. Nie wynikało to tylko z mojej przyjaźni z
Thorinem, lecz również z słuszności tej wyprawy. Należało bowiem wreszcie
rozwiązać sprawę ze smokiem. Thranduil chyba naprawdę nie rozumiał powagi
sytuacji, skoro przedkładał chęć odzyskania swojej biżuterii ponad wspólne
dobro... Zresztą, już jakiś czas temu spostrzegłam, że stryj, mimo, iż od czasu
do czasu posyłał mnie na wyprawy zwiadowcze to i tak przestał interesować się
tym, co działo się poza granicami naszego królestwa. Byłam na niego bardzo zła
z tego powodu, ale póki co nie wyrażałam sprzeciwu. Nie chciałam ryzykować
kary.
Tak też było i
teraz, choć w głębi ducha zaczęłam już obmyślać sposób, w jaki pomogę
Thorinowi. Pomyślałam, że może w nocy, gdy nie będzie większości strażników,
może rzeczywiście wezmę te klucze i potajemnie ich uwolnię. Jednakże, nie byłam
przekonana co do tego planu.
Siedziałam z głową
podpartą rękoma i myślałam gorączkowo. Nagle coś sobie uświadomiłam. Było to
niemal jak olśnienie. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam?! Przecież
istniał jeszcze niziołek, który najprawdopodobniej nie trafił w ręce naszej
straży, gdyż nie było go w lochach, a Thranduil nic o nim nie wspominał. Być
może, przy odrobinie szczęścia, udałoby mi się odszukać owego hobbita. W ciągu
jednego dnia nie mógł odejść daleko. Zresztą, skoro rzeczywiście był taki
lojalny i sprytny, to możliwe, iż ukrywał się gdzieś koło królestwa i obmyślał
już plan. Wpadłam na pomysł, że może uda mi się za jego pośrednictwem uwolnić
kompanię.
Wreszcie miałam
jakiś w miarę sensowny plan. Teraz mogłam tylko mieć nadzieję, iż się
powiedzie. Oznaczało to, że muszę jak najszybciej przystąpić do działania.Wstałam, otrzepałam płaszcz i ruszyłam marszem z powrotem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz