Thorina poznałam
jeszcze przed atakiem Smauga na Erebor, gdy Thror panował pod Górą. Był wówczas
młodym, obiecującym księciem, który miał kiedyś przejąć władzę. Ja wówczas
dorobiłam się już dość dawno stanowiska dowódczyni straży, przez co mogłam
towarzyszyć Thranduilowi podczas wizyt w Ereborze. Po raz pierwszy zobaczyłam
Samotną Górę, gdy stryj wybrać się oddać pokłon Throrowi. Było to nie lada
wydarzenie, ponieważ Thranduil jako dumny i wyniosły władca nigdy wcześniej (a
przynajmniej za moich czasów) nie kłaniał się przed nikim. Wszyscy jednak
słyszeliśmy o potędze krasnoludów spod Góry i nawet stryj wiedział, jak
potężnym władcą był Thror. Wszystko to sprawiło, że postanowił wybrać się do
niego osobiście. Jak to zwykle postanowił zabrać ze sobą paru poddanych. Było
wśród nich kilku najważniejszych członków straży, w tym ja i Legolas. Z chęcią
wybrałam się w tę podróż, bowiem zawsze lubiłam poznawać nowe miejsca, a
szczególnie znane królestwa Śródziemia.
Gdy tylko
dotarliśmy na miejsce, od razu nie mogłam wyjść z podziwu dla potęgi
krasnoludzkich budowli. Zarówno sama Góra, jak i leżące pod nią miasto Dale, a
przede wszystkim ogrom Ereboru wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Bardzo
malownicza wydała mi się Samotna Góra - pojedynczy pokryty śniegiem wierzchołek
wśród płaskich terenów. Erebor - wielkie królestwo o masywnych, kamiennych,
szmaragdowych ścianach z niezliczoną ilością sali i komnat, w których
oczywiście nie brakowało wytworzonych przez plemię Durina pięknych przedmiotów.
Ogromne kopalnie, z ciągnącymi się w głąb żyłami złota także wyglądały naprawdę
niesamowicie. No i Dale - niezwykle urokliwe miasto o ciekawej architekturze z
jasnego kamienia z niezliczoną ilością wąskich uliczek i zadbanych domów
również budziło wrażenie.
Nic więc dziwnego,
iż byłam bardziej zachwycona tym wszystkim, co ujrzałam niż napełniona szacunkiem
dla krasnoludzkiego władcy. Gdy poszliśmy oddać mu pokłon, moją uwagę przykuło
coś jeszcze. Był to duży, biały kamień (zwany przez innych Arcyklejnotem)
mieniący się jasnym blaskiem, umieszczony na ścianie nad tronem królewskim.
Słyszałam, iż mówiono o nim "Serce Góry". Bez wątpienia była to
najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Nie dałam się jednak zwieść
pięknie klejnotu i ukłoniłam się Throrowi wraz z innymi, tak jak nakazał mi
stryj.
Krasnoludzki władca
niewątpliwie pasował do swego królestwa. W imponującej złotej zbroi,
kunsztownym płaszczu i koronie wysadzanej drogimi kamieniami jego wygląd budził
nie lada podziw. Nawet w jego długiej, posiwiałej brodzie widniały drogie
klamry. Jednak w jego bystrym spojrzeniu widniało coś innego niż tylko wiekowa
mądrość. Gdy ośmieliłam się spojrzeć mu na chwilę w oczy, zauważyłam w nich
także coś na kształt chciwości. Jednak nie było co się temu dziwić, gdyż już
dawno nauczono mnie, że krasnoludy takie właśnie są - chciwe, zarozumiałe i
żądne bogactw. Jednakże, nigdy nie wierzyłam w ten stereotyp. Zazwyczaj bowiem,
aby uwierzyć w prawdziwość opinii na jakiś temat, musiałam się o tym osobiście
przekonać.
Koło królewskiego
tronu stało jeszcze kilku innych krasnoludów, w tym syn i wnuk króla (dowiedziałam
się później, że na imię mieli Thrain i
Thorin). Thrain był równie dumnym krasnoludem, co jego ojciec. Od razu było to
po nim widać. Zwracał także uwagę poprzez swój tatuaż na czole i nosie oraz
brak jednego oka. Jednak moją uwagę przykuł nie on, lecz jego syn. Młody książę
wyróżniał się bowiem wyjątkowo wysokim wzrostem jak na krasnoluda, szlachetną
postawą i mądrym spojrzeniem. Choć zerknęłam na niego tylko przez chwilę, od
razu to zauważyłam.
Nigdy nie
przypuściłabym, że będzie nam dane spotkać się jeszcze tego samego dnia. Jednak
Thranduil chciał zostać jeszcze trochę, aby pomówić o czymś z Throrem na
osobności. Postanowiłam więc, że wyjdę na zewnątrz, aby popatrzeć na Dale i
pobyć trochę w samotności jak to miałam w zwyczaju. Udałam się więc do wyjścia,
gdyż chciałam przespacerować się przed bramą główną. Gdy tylko wyszłam na most
prowadzący do wrót Ereboru, zobaczyłam odwróconą do mnie tyłem niewysoką samotną
postać stojącą na jego drugim końcu. Nie zważając na to, poszłam przed siebie.
Gdy byłam już blisko, poznałam, że jest to ten sam książę, którego widziałam
dziś koło tronu – Thorin. Zdałam sobie sprawę, iż jest to prawdziwa ironia
losu, gdyż gdy oddawałam pokłon Throrowi, to on wydał mi się najnormalniejszy z
całej tej rodziny, a nawet nieco intrygujący. A teraz poszłam, aby pobyć trochę
sama i trafiłam tu na niego… No cóż, trzeba było wykorzystać tę okazję.
- Ogromne bogactwa – powiedziałam podchodząc do niego.
Thorin drgnął i spojrzał na mnie zdumiony. Prawie się zaśmiałam, zapomniałam
bowiem, iż po przejściu szkolenia na dowódczynię straży poruszałam się tak
cicho, że tylko doświadczone uszy naszych wojowników były w stanie usłyszeć
moje kroki. – Niezliczone ilości złota, kamieni szlachetnych i innych surowców,
wielkie kopalnie i ta determinacja. Zawsze się zastanawiałam, co skłania
krasnoludów do zagłębiania się coraz bardziej w dół. Teraz już chyba wiem. To
po prostu czysta ciekawość tego, co tam znajdą – rzekłam z lekkim uśmiechem
spoglądając mu w oczy.
- Z tego co wiem elfowie wolą piąć się w górę – odparł. Nie
odwzajemnił uśmiechu, lecz w jego oczach zauważyłam coś na kształt
zainteresowania. – Prawda?
- Zależy, o jakich elfów pytasz. My w Leśnym Królestwie
także mamy podziemne pomieszczenia i korytarze. –Spojrzałam przed siebie. Była
noc, z zachodu wiał lekki wiatr. W oddali malowało się Dale, mnóstwo
porozrzucanych jasnych plamek na tle
ciemnej ściany nocy. Było dosyć jasno, bowiem wiele gwiazd rozświetlało niebo
swym blaskiem.
- O tym nie słyszałem. – Wydawał się być zaciekawiony
rozmową. Zerknął na mnie. – Jesteś
rodziną Thranduila?
- Jestem jego bratanicą .– Odpowiedziałam z cieniem dumy w
głosie. Cóż, gdy dorastałam zawsze powtarzano mi, iż powinna się chlubić tym
faktem, przez co tak mi już zostało. – I przy okazji dowódczynią jego straży. –
Przyjrzał mi się uważniej. – Na imię mi Clarlien, a ty jesteś Thorin, wnuk
Thora. – Na te ostatnie słowa skinął głową.
- Cóż, czyli oboje mamy w sobie krew królewską. – Zamyślił
się. – Czemu do mnie podeszłaś? – Spytał nagle. – Nasze rasy od dawna za sobą nie przepadają. –
Mimo tego co powiedział, w jego głosie nie było słychać niechęci. Westchnęłam
na te słowa. Choć w sumie nie miałam się co dziwić. Skoro niechęć do
krasnoludów była głęboko zakorzeniona nawet wśród najmądrzejszych elfów, czemu
w przypadku ich plemienia miałoby być inaczej?
- Nie jestem taka jak pozostali elfowie. – Gdy to
powiedziałam, na jego twarzy odmalowało się wyraźne zdziwienie. – To znaczy…
łączy mnie z nimi wiele rzeczy. Jednak nie ma i nigdy nie było wśród nich
niechęci do krasnoludów. Nie rozumiem, dlaczego nasze plemienia niezbyt się
lubią. Ja nic do was nie mam. – Rzekłam. Uświadomiłam sobie wówczas, że
pierwszy raz od czasu odejścia mojej matki rozmawiam z kimś tak swobodnie.
Można powiedzieć, że było to nawet zwierzanie się. – Podeszłam do ciebie, bo…
Właściwie to sama nie wiem czemu. Może dlatego, iż od dawna (a żyję już na tym
świecie znacznie dłużej, niż myślisz) nikomu się nie zwierzałam. I bardziej
wolę zrobić to przed nieznajomym niż przed kimś, kto zna mnie od tysiąca lat. –
Thorin słuchał mnie uważnie. Po co ja mu to wszystko mówiłam? – I nigdy nie
doświadczyłam prawdziwej przyjaźni. – Gdy wypowiedziałam to ostatnie zdanie, zdałam
sobie sprawę, iż powiedziałam zbyt wiele. Zamknęłam szybko usta, jednak było
już za późno.
On jednak
potraktował mą wypowiedź niezwykle poważnie. Spojrzał mi w oczy i rzekł:
- Obiecuję, że postaram się, abyś dowiedziała się, jak to
jest mieć przyjaciela.
Nie wiedziałam, co
powiedzieć. Wymamrotałam więc tylko:
- Ależ doprawdy… Nie trzeba… - Potrafiłam jedynie stać i
patrzeć się w czubki swoich skórzanych butów. Kompletnie odebrało mi mowę.
On zaś uśmiechnął
się tylko, po czym utkwił spojrzenie w pogrążonym we śnie Dale. I ja zerknęłam
w tamtym kierunku. Staliśmy tak przez parę minut w milczeniu. W końcu jednak
cisza została przerwana, gdy wrota się otworzyły i pojawił się w nich Legolas
informujący mnie o tym, że stryj wzywa mnie do siebie i każe szykować się do
drogi powrotnej. Na widok mnie obok krasnoluda zdziwił się nieco, ale nic nie
powiedział. Miałam już odejść bez słowa i zapomnieć o całej tej rozmowie
(odtrącanie wszelkich prób zawarcia bliższych znajomości ze strony innych
weszło mi już w krew wieki temu), gdy Thorin jeszcze raz zerknął na mnie i
powiedział:
- Pamiętaj, że zawsze będziesz mile widziana w Ereborze.
O mało się nie
zarumieniłam. Nie patrząc na niego skinęłam tylko głową i szybkim krokiem
udałam się do drzwi. Gdy byłam już w środku z ulgą zamknęłam za sobą wrota.
Jednak prócz ulgi czułam również żal, ponieważ właśnie zakończyła się moja
pierwsza od wieków szczera rozmowa. Kto by pomyślał, że przeprowadzę ją z
krasnoludem. Nie sądziłam też wówczas, że ten wieczór będzie początkiem
pierwszej i jedynej w mym życiu przyjaźni. A jednak takim się stał.
Po powrocie do
Mrocznej Puszczy nic się we mnie nie zmieniło. Nadal byłam taka jak wcześniej,
choć w głębi ducha ciągnęło mnie do Ereboru. Trwało to może z pół roku. Po
sześciu miesiącach nie wytrzymałam i w tajemnicy przed Thranduilem udałam się znów pod Samotną Górę.
Thorin przywitał mnie z zaskoczeniem i chyba
zadowoleniem, że jednak zdecydowałam się przyjechać. Tym razem niemal cały mój
krótki czas spędzony w Ereborze minął nam na rozmowach.
Od tej pory
odwiedzałam go tak kilka razy w roku. Co najmniej dwa razy moja wizyta odbyła
się w towarzystwie stryja, który znów
chciał pomówić z Throrem. Niedługo potem wyszła na jaw afera, w której podobno
elfowie zostali oszukani w sprawie zamówionych klejnotów. Według krasnoludów
było zupełnie inaczej. Nie wpłynęła ona jednak na nasze relacje z Thorinem.
Naprawdę staliśmy się przyjaciółmi. Na krótki czas przed napadem Smauga na
Erebor zaczął mi się nawet zwierzać z obaw dotyczących Throra i jego wielkiej
miłości do złota. Gdy jego dziadek całkowicie oszalał, nawet ja się
zaniepokoiłam. Mogło to bowiem ściągnąć na Samotną Górę jakieś nieszczęście.
Niestety nie mogłam wspomnieć nic o tej sprawie stryjowi, ponieważ zdziwiłby
się, skąd tyle wiem o krasnoludach. Gdyby prawda wyszła na jaw, z pewnością
zakazałby mi odwiedzać Erebor.
Czas mijał mi
wówczas znacznie przyjemniej. Nareszcie miałam kogoś, z kim mogłam szczerze
rozmawiać. Kogoś, komu wyjawiłam znaczną część swoich zmartwień i od kogo
zawsze mogłam liczyć na radę. Podczas mych spotkań z Thorinem dowiedziałam się
dosyć dużo na temat historii plemienia Durina. Było to bardzo ciekawe, a w
dodatku pomogło mi lepiej poznać i zrozumieć krasnoludów.
Niestety, ten
przyjemny okres w mym życiu trwał zaledwie niecałe dwie dekady. Po upływie
niecałych dwudziestu lat odkąd się poznaliśmy, nadszedł dzień, gdy Smaug
przybył pod Samotną Górę siejąc spustoszenie. Na domiar złego Thranduil
zdecydował się nie podejmować żadnych działań w celu pomocy wypędzonym przez
smoka krasnoludom. Bardzo mnie to zdziwiło, gdyż wcześniej przecież nie
okazywał jakiejś wyjątkowej niechęci do Throra. Wspominał coś tylko o tym, iż
król spod Góry powinien powściągnąć swą miłość do złota, gdyż może się to źle
skończyć. Dopiero spór o białe kamienie popsuł jego opinię co do krasnoludów.
Pamiętałam, jak
wraz z całym odziałem naszych wojowników udaliśmy się owego dnia pod Samotną
Górę i jak ustawieni w szyku bojowym staliśmy powyżej doliny, w której leżało
Dale i czekaliśmy na rozkazy stryja. Byłam wówczas całkowicie przygotowana na
walkę, bardzo trudną walkę z samym smokiem. Jednakże, Thranduil tylko patrzył
na płonące Dale i uciekających spod Góry krasnoludów. Dawniej piękne miasto
teraz płonęło, wszędzie był tylko dym i ogień, a część wznoszących się w oddali
murów Ereboru została zburzona.
Przyglądałam się
temu z żalem i zniecierpliwieniem zarazem. Byłam bowiem całkowicie przerażona
wielkością poniesionych tego dnia strat i jak zwykle zdeterminowana do walki.
Thranduil jednak nie wyglądał na przejętego sytuacją. W końcu odwrócił się i
skierował swego wierzchowca do nas z powrotem. Ignorując dochodzące z oddali
wołania o pomoc, oznajmił nam, iż nie będziemy dziś walczyć. Nasz wojska
wyglądały na nieco zdziwione zmianą zdania przez króla, lecz nikt się nie
sprzeciwił. Nikt, oprócz mnie.
Zupełnie oniemiałam
ze zdumienia i złości. Co on wyprawiał?! Przecież zawsze wspieraliśmy innych w
takich sytuacjach. Dlaczego tym razem postanowił nic nie zrobić?!
Gdy tylko król
ruszył, aby wraz z całym woskiem zawrócić, natychmiast podjechałam do niego.
Rzuciłam mu pełne wściekłości i wyrzutów spojrzenie.
- Co robisz, panie?!– Niemal krzyczałam. – Jak możesz być
tak obojętny na ich... – tu obejrzałam się za siebie i rzuciłam szybkie
spojrzenie na płonące Dale – ... krzywdę?!
Thranduil
zmarszczył brwi i także spojrzał na mnie z gniewem. Jednak, gdy się odezwał
jego głos był chłodny i spokojny.
- Nie będę narażał naszych wojsk, tylko dlatego, iż Thror
nie potrafił opanować swej chciwości. Gdyby mnie słuchał, nie doszłoby do tego – rzekł. - Jak to mówią: jak sobie pościelisz, tak się
wyśpisz.
- Ale... To nie ich wina, że ich władca oszalał! – Zawołałam
tracąc nadzieję, że uda mi się przekonać stryja do zmiany zdania.
- Nic na to nie poradzę – odparł wyniośle, po czym zatrzymał
swego łosia, przechylił się w moim kierunku i złapał mnie za ramię.
Zmarszczyłam brwi i odsunęłam się nieco. – Twierdzisz, że masz słuszność, ale
choć jesteś utalentowana w boju, masz niewielkie pojęcie na temat otaczającego
nas świata – powiedział, a ja zerknęłam na niego oburzona. – Chciałabyś
walczyć, pomóc im, a tak naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, że na to nie
zasługują. Może za wiele lat to zrozumiesz i przyznasz mi rację.
Wyrwałam mu się i
zaczęłam zastanawiać, czy nie poprosić mojego oddziału, aby złamali rozkaz króla
i poszli ze mną pomóc krasnoludom. Chciałam już ruszyć, gdy stryj rzekł do mnie
coś jeszcze.
- Cokolwiek chcesz uczynić, pamiętaj, że robię to dla
naszego dobra – zerknęłam na niego krzywiąc się. – Uszanuj pamięć ojca,
Clarlien – dodał, po czym odwrócił się i ruszył podążając za naszymi wojskami.
Te słowa zbiły mnie
całkowicie z tropu. Thranduil wiedział, jak trafić w mój słaby punkt. Zdałam
sobie wówczas sprawę, iż choć próbowałabym przekonać straż do złamania rozkazu
króla to i tak będą mu wierni i tego nie zrobią.
Ruszyłam więc za
pozostałymi i bijąc się z myślami, wróciłam do Leśnego Królestwa. Stryj
najwyraźniej zapomniał potem o całej sprawie, gdyż nie wspominał więc nic na
temat mojego chwilowego nieposłuszeństwa. W końcu osiągnął, co chciał.
Mimo nieszczęścia,
które spotkało plemię Durina, moja przyjaźń z Thorinem nie została zerwana. Po
pewnym czasie od dnia napaści Smauga, dostałam wiadomość od zaufanych osób, iż
krasnoludy z Ereboru po utraceniu swej ojczyzny osiedliły się w Górach Błękitnych.
Gdy się o tym dowiedziałam, od razu udałam się we wskazane miejsce. Oczywiście
jak zwykle zadbałam o to, aby stryj o niczym nie wiedział.
Odnalazłam Thorina
i pozostałych. Ich nowa siedziba okazała się całkiem przyjemnym miejscem
położonym wśród gór. Gdy się z nim spotkałam, opowiedział mi szczegółowo o
spustoszeniach dokonanych przez smoka i o tym, co spotkało ich potem.
Dowiedziałam się, że zanim się tu osiedli musieli pracować w kuźniach w
ludzkich wioskach, aby zarobić na życie. Jeszcze niedawno potężne plemię Durina
musiało tułać się teraz po świecie.
Thorin nie próbował
ukryć urazy wobec elfów. Zauważyłam nawet, iż ostatnie poczynanie Thranduila
zakorzeniło w nim jawną nienawiść do naszego narodu.
Na szczęście nie
miał wobec mnie pretensji, gdy wyjaśniłam mu, że ja sama również byłam zaskoczona i oburzona
zachowaniem stryja. Zaproponowałam mu, że przekażę im trochę złota, dopóki nie
dorobią się jakiegoś większego majątku po utracie bogactw. Thorin jednak
stanowczo odmówił. Jak zwykle, jego honor nie pozwalał mu na coś podobnego.
Westchnęłam więc tylko i zapewniłam, że zawsze może liczyć na moją pomoc.
Powiedziałam też, że żałuję tego, co zaszło pomiędzy naszymi rasami. On zaś nic
na to nie odpowiedział. Posiedzieliśmy więc jeszcze chwilę rozmawiając, po czym
udałam się w drogę powrotną.
Tak upływały
kolejne lata. Moje wizyty w Górach Błękitnych stawały się z czasem coraz
rzadsze. Bywałam tam zwykle raz na rok, czasem nawet raz na dwa lata. Podczas
jednej z nich wizyt dowiedziałam się o stoczonej w Morii bitwie oraz o śmierci Throra, a także zaginięciu jego
syna, Thraina. Usłyszałam o od Thorina cały przebieg bitwy i tego, co wydarzyło
się potem. Zyskał on wówczas nie tylko przydomek „Dębowa Tarcza”, lecz także
jeszcze większy szacunek swych pobratymców, gdyż zaczęto traktować go jak
króla.
Przez wiele lat
niepokoił się on losem swego ojca, który odszedł i nie wrócił (podobnie jak mój
ojciec – była to kolejna łącząca nas rzecz), jednocześnie pamiętając krzywdy
swego ludu wyrządzone przez smoka. Mimo, iż całkiem nieźle powodziło im się
wówczas w nowej siedzibie, zdawał sobie sprawę ze spoczywającego na nim
obowiązku odzyskania ojczyzny. Choć mu to odradzałam, pozostawał nieugięty.
Ponad rok temu
otrzymałam od niego wiadomość, z której wynikało, że jest gotów odzyskać
utracone królestwo i wraz z pomocą Gandalfa Szarego i kilkunastu innych
krasnoludów wyrusza niebawem na wyprawę. Postanowiłam, iż spotkam się z nim
jeszcze zanim ruszą, aby powiedzieć, żeby nie szli przez Mroczną Puszczę
(wolałam bowiem, aby nie mieli styczności z nieprzewidywalnym Thranduilem).
Udałam się więc w Góry Błękitne, jednak nie zastałam tam Thorina, ani nikogo
znajomego. Najwyraźniej nie chcieli zwlekać.
Dałam więc sobie
spokój i wróciłam do Leśnego Królestwa z nadzieją, iż będą na tyle mądrzy, że
nie zbliżą się zbytnio do naszych terenów. Najwyraźniej jednak się myliłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz