poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 3

   Thorina poznałam jeszcze przed atakiem Smauga na Erebor, gdy Thror panował pod Górą. Był wówczas młodym, obiecującym księciem, który miał kiedyś przejąć władzę. Ja wówczas dorobiłam się już dość dawno stanowiska dowódczyni straży, przez co mogłam towarzyszyć Thranduilowi podczas wizyt w Ereborze. Po raz pierwszy zobaczyłam Samotną Górę, gdy stryj wybrać się oddać pokłon Throrowi. Było to nie lada wydarzenie, ponieważ Thranduil jako dumny i wyniosły władca nigdy wcześniej (a przynajmniej za moich czasów) nie kłaniał się przed nikim. Wszyscy jednak słyszeliśmy o potędze krasnoludów spod Góry i nawet stryj wiedział, jak potężnym władcą był Thror. Wszystko to sprawiło, że postanowił wybrać się do niego osobiście. Jak to zwykle postanowił zabrać ze sobą paru poddanych. Było wśród nich kilku najważniejszych członków straży, w tym ja i Legolas. Z chęcią wybrałam się w tę podróż, bowiem zawsze lubiłam poznawać nowe miejsca, a szczególnie znane królestwa Śródziemia.
   Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, od razu nie mogłam wyjść z podziwu dla potęgi krasnoludzkich budowli. Zarówno sama Góra, jak i leżące pod nią miasto Dale, a przede wszystkim ogrom Ereboru wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Bardzo malownicza wydała mi się Samotna Góra - pojedynczy pokryty śniegiem wierzchołek wśród płaskich terenów. Erebor - wielkie królestwo o masywnych, kamiennych, szmaragdowych ścianach z niezliczoną ilością sali i komnat, w których oczywiście nie brakowało wytworzonych przez plemię Durina pięknych przedmiotów. Ogromne kopalnie, z ciągnącymi się w głąb żyłami złota także wyglądały naprawdę niesamowicie. No i Dale - niezwykle urokliwe miasto o ciekawej architekturze z jasnego kamienia z niezliczoną ilością wąskich uliczek i zadbanych domów również budziło wrażenie.
    Nic więc dziwnego, iż byłam bardziej zachwycona tym wszystkim, co ujrzałam niż napełniona szacunkiem dla krasnoludzkiego władcy. Gdy poszliśmy oddać mu pokłon, moją uwagę przykuło coś jeszcze. Był to duży, biały kamień (zwany przez innych Arcyklejnotem) mieniący się jasnym blaskiem, umieszczony na ścianie nad tronem królewskim. Słyszałam, iż mówiono o nim "Serce Góry". Bez wątpienia była to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Nie dałam się jednak zwieść pięknie klejnotu i ukłoniłam się Throrowi wraz z innymi, tak jak nakazał mi stryj.
   Krasnoludzki władca niewątpliwie pasował do swego królestwa. W imponującej złotej zbroi, kunsztownym płaszczu i koronie wysadzanej drogimi kamieniami jego wygląd budził nie lada podziw. Nawet w jego długiej, posiwiałej brodzie widniały drogie klamry. Jednak w jego bystrym spojrzeniu widniało coś innego niż tylko wiekowa mądrość. Gdy ośmieliłam się spojrzeć mu na chwilę w oczy, zauważyłam w nich także coś na kształt chciwości. Jednak nie było co się temu dziwić, gdyż już dawno nauczono mnie, że krasnoludy takie właśnie są - chciwe, zarozumiałe i żądne bogactw. Jednakże, nigdy nie wierzyłam w ten stereotyp. Zazwyczaj bowiem, aby uwierzyć w prawdziwość opinii na jakiś temat, musiałam się o tym osobiście przekonać.
   Koło królewskiego tronu stało jeszcze kilku innych krasnoludów, w tym syn i wnuk króla (dowiedziałam się później, że  na imię mieli Thrain i Thorin). Thrain był równie dumnym krasnoludem, co jego ojciec. Od razu było to po nim widać. Zwracał także uwagę poprzez swój tatuaż na czole i nosie oraz brak jednego oka. Jednak moją uwagę przykuł nie on, lecz jego syn. Młody książę wyróżniał się bowiem wyjątkowo wysokim wzrostem jak na krasnoluda, szlachetną postawą i mądrym spojrzeniem. Choć zerknęłam na niego tylko przez chwilę, od razu to zauważyłam.
   Nigdy nie przypuściłabym, że będzie nam dane spotkać się jeszcze tego samego dnia. Jednak Thranduil chciał zostać jeszcze trochę, aby pomówić o czymś z Throrem na osobności. Postanowiłam więc, że wyjdę na zewnątrz, aby popatrzeć na Dale i pobyć trochę w samotności jak to miałam w zwyczaju. Udałam się więc do wyjścia, gdyż chciałam przespacerować się przed bramą główną. Gdy tylko wyszłam na most prowadzący do wrót Ereboru, zobaczyłam odwróconą do mnie tyłem niewysoką samotną postać stojącą na jego drugim końcu. Nie zważając na to, poszłam przed siebie. Gdy byłam już blisko, poznałam, że jest to ten sam książę, którego widziałam dziś koło tronu – Thorin. Zdałam sobie sprawę, iż jest to prawdziwa ironia losu, gdyż gdy oddawałam pokłon Throrowi, to on wydał mi się najnormalniejszy z całej tej rodziny, a nawet nieco intrygujący. A teraz poszłam, aby pobyć trochę sama i trafiłam tu na niego… No cóż, trzeba było wykorzystać tę okazję.
- Ogromne bogactwa – powiedziałam podchodząc do niego. Thorin drgnął i spojrzał na mnie zdumiony. Prawie się zaśmiałam, zapomniałam bowiem, iż po przejściu szkolenia na dowódczynię straży poruszałam się tak cicho, że tylko doświadczone uszy naszych wojowników były w stanie usłyszeć moje kroki. – Niezliczone ilości złota, kamieni szlachetnych i innych surowców, wielkie kopalnie i ta determinacja. Zawsze się zastanawiałam, co skłania krasnoludów do zagłębiania się coraz bardziej w dół. Teraz już chyba wiem. To po prostu czysta ciekawość tego, co tam znajdą – rzekłam z lekkim uśmiechem spoglądając mu w oczy.
- Z tego co wiem elfowie wolą piąć się w górę – odparł. Nie odwzajemnił uśmiechu, lecz w jego oczach zauważyłam coś na kształt zainteresowania.  – Prawda?
- Zależy, o jakich elfów pytasz. My w Leśnym Królestwie także mamy podziemne pomieszczenia i korytarze. –Spojrzałam przed siebie. Była noc, z zachodu wiał lekki wiatr. W oddali malowało się Dale, mnóstwo porozrzucanych  jasnych plamek na tle ciemnej ściany nocy. Było dosyć jasno, bowiem wiele gwiazd rozświetlało niebo swym blaskiem.
- O tym nie słyszałem. – Wydawał się być zaciekawiony rozmową. Zerknął na mnie.  – Jesteś rodziną Thranduila?
- Jestem jego bratanicą .– Odpowiedziałam z cieniem dumy w głosie. Cóż, gdy dorastałam zawsze powtarzano mi, iż powinna się chlubić tym faktem, przez co tak mi już zostało. – I przy okazji dowódczynią jego straży. – Przyjrzał mi się uważniej. – Na imię mi Clarlien, a ty jesteś Thorin, wnuk Thora. – Na te ostatnie słowa skinął głową.
- Cóż, czyli oboje mamy w sobie krew królewską. – Zamyślił się. – Czemu do mnie podeszłaś? – Spytał nagle. –  Nasze rasy od dawna za sobą nie przepadają. – Mimo tego co powiedział, w jego głosie nie było słychać niechęci. Westchnęłam na te słowa. Choć w sumie nie miałam się co dziwić. Skoro niechęć do krasnoludów była głęboko zakorzeniona nawet wśród najmądrzejszych elfów, czemu w przypadku ich plemienia miałoby być inaczej?
- Nie jestem taka jak pozostali elfowie. – Gdy to powiedziałam, na jego twarzy odmalowało się wyraźne zdziwienie. – To znaczy… łączy mnie z nimi wiele rzeczy. Jednak nie ma i nigdy nie było wśród nich niechęci do krasnoludów. Nie rozumiem, dlaczego nasze plemienia niezbyt się lubią. Ja nic do was nie mam. – Rzekłam. Uświadomiłam sobie wówczas, że pierwszy raz od czasu odejścia mojej matki rozmawiam z kimś tak swobodnie. Można powiedzieć, że było to nawet zwierzanie się. – Podeszłam do ciebie, bo… Właściwie to sama nie wiem czemu. Może dlatego, iż od dawna (a żyję już na tym świecie znacznie dłużej, niż myślisz) nikomu się nie zwierzałam. I bardziej wolę zrobić to przed nieznajomym niż przed kimś, kto zna mnie od tysiąca lat. – Thorin słuchał mnie uważnie. Po co ja mu to wszystko mówiłam? – I nigdy nie doświadczyłam prawdziwej przyjaźni. – Gdy wypowiedziałam to ostatnie zdanie, zdałam sobie sprawę, iż powiedziałam zbyt wiele. Zamknęłam szybko usta, jednak było już za późno.
   On jednak potraktował mą wypowiedź niezwykle poważnie. Spojrzał mi w oczy i rzekł:
- Obiecuję, że postaram się, abyś dowiedziała się, jak to jest mieć przyjaciela.
   Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wymamrotałam więc tylko:
- Ależ doprawdy… Nie trzeba… - Potrafiłam jedynie stać i patrzeć się w czubki swoich skórzanych butów. Kompletnie odebrało mi mowę.
   On zaś uśmiechnął się tylko, po czym utkwił spojrzenie w pogrążonym we śnie Dale. I ja zerknęłam w tamtym kierunku. Staliśmy tak przez parę minut w milczeniu. W końcu jednak cisza została przerwana, gdy wrota się otworzyły i pojawił się w nich Legolas informujący mnie o tym, że stryj wzywa mnie do siebie i każe szykować się do drogi powrotnej. Na widok mnie obok krasnoluda zdziwił się nieco, ale nic nie powiedział. Miałam już odejść bez słowa i zapomnieć o całej tej rozmowie (odtrącanie wszelkich prób zawarcia bliższych znajomości ze strony innych weszło mi już w krew wieki temu), gdy Thorin jeszcze raz zerknął na mnie i powiedział:
- Pamiętaj, że zawsze będziesz mile widziana w Ereborze.
   O mało się nie zarumieniłam. Nie patrząc na niego skinęłam tylko głową i szybkim krokiem udałam się do drzwi. Gdy byłam już w środku z ulgą zamknęłam za sobą wrota. Jednak prócz ulgi czułam również żal, ponieważ właśnie zakończyła się moja pierwsza od wieków szczera rozmowa. Kto by pomyślał, że przeprowadzę ją z krasnoludem. Nie sądziłam też wówczas, że ten wieczór będzie początkiem pierwszej i jedynej w mym życiu przyjaźni. A jednak takim się stał.
   Po powrocie do Mrocznej Puszczy nic się we mnie nie zmieniło. Nadal byłam taka jak wcześniej, choć w głębi ducha ciągnęło mnie do Ereboru. Trwało to może z pół roku. Po sześciu miesiącach nie wytrzymałam i w tajemnicy przed Thranduilem udałam się znów pod Samotną Górę. 
   Thorin przywitał  mnie z zaskoczeniem i chyba zadowoleniem, że jednak zdecydowałam się przyjechać. Tym razem niemal cały mój krótki czas spędzony w Ereborze minął nam na rozmowach.
   Od tej pory odwiedzałam go tak kilka razy w roku. Co najmniej dwa razy moja wizyta odbyła się w towarzystwie  stryja, który znów chciał pomówić z Throrem. Niedługo potem wyszła na jaw afera, w której podobno elfowie zostali oszukani w sprawie zamówionych klejnotów. Według krasnoludów było zupełnie inaczej. Nie wpłynęła ona jednak na nasze relacje z Thorinem. Naprawdę staliśmy się przyjaciółmi. Na krótki czas przed napadem Smauga na Erebor zaczął mi się nawet zwierzać z obaw dotyczących Throra i jego wielkiej miłości do złota. Gdy jego dziadek całkowicie oszalał, nawet ja się zaniepokoiłam. Mogło to bowiem ściągnąć na Samotną Górę jakieś nieszczęście. Niestety nie mogłam wspomnieć nic o tej sprawie stryjowi, ponieważ zdziwiłby się, skąd tyle wiem o krasnoludach. Gdyby prawda wyszła na jaw, z pewnością zakazałby mi odwiedzać Erebor. 
   Czas mijał mi wówczas znacznie przyjemniej. Nareszcie miałam kogoś, z kim mogłam szczerze rozmawiać. Kogoś, komu wyjawiłam znaczną część swoich zmartwień i od kogo zawsze mogłam liczyć na radę. Podczas mych spotkań z Thorinem dowiedziałam się dosyć dużo na temat historii plemienia Durina. Było to bardzo ciekawe, a w dodatku pomogło mi lepiej poznać i zrozumieć krasnoludów.
   Niestety, ten przyjemny okres w mym życiu trwał zaledwie niecałe dwie dekady. Po upływie niecałych dwudziestu lat odkąd się poznaliśmy, nadszedł dzień, gdy Smaug przybył pod Samotną Górę siejąc spustoszenie. Na domiar złego Thranduil zdecydował się nie podejmować żadnych działań w celu pomocy wypędzonym przez smoka krasnoludom. Bardzo mnie to zdziwiło, gdyż wcześniej przecież nie okazywał jakiejś wyjątkowej niechęci do Throra. Wspominał coś tylko o tym, iż król spod Góry powinien powściągnąć swą miłość do złota, gdyż może się to źle skończyć. Dopiero spór o białe kamienie popsuł jego opinię co do krasnoludów.
    Pamiętałam, jak wraz z całym odziałem naszych wojowników udaliśmy się owego dnia pod Samotną Górę i jak ustawieni w szyku bojowym staliśmy powyżej doliny, w której leżało Dale i czekaliśmy na rozkazy stryja. Byłam wówczas całkowicie przygotowana na walkę, bardzo trudną walkę z samym smokiem. Jednakże, Thranduil tylko patrzył na płonące Dale i uciekających spod Góry krasnoludów. Dawniej piękne miasto teraz płonęło, wszędzie był tylko dym i ogień, a część wznoszących się w oddali murów Ereboru została zburzona.
   Przyglądałam się temu z żalem i zniecierpliwieniem zarazem. Byłam bowiem całkowicie przerażona wielkością poniesionych tego dnia strat i jak zwykle zdeterminowana do walki. Thranduil jednak nie wyglądał na przejętego sytuacją. W końcu odwrócił się i skierował swego wierzchowca do nas z powrotem. Ignorując dochodzące z oddali wołania o pomoc, oznajmił nam, iż nie będziemy dziś walczyć. Nasz wojska wyglądały na nieco zdziwione zmianą zdania przez króla, lecz nikt się nie sprzeciwił. Nikt, oprócz mnie.
   Zupełnie oniemiałam ze zdumienia i złości. Co on wyprawiał?! Przecież zawsze wspieraliśmy innych w takich sytuacjach. Dlaczego tym razem postanowił nic nie zrobić?!
   Gdy tylko król ruszył, aby wraz z całym woskiem zawrócić, natychmiast podjechałam do niego. Rzuciłam mu pełne wściekłości i wyrzutów spojrzenie.
- Co robisz, panie?!– Niemal krzyczałam. – Jak możesz być tak obojętny na ich... – tu obejrzałam się za siebie i rzuciłam szybkie spojrzenie na płonące Dale – ... krzywdę?!
   Thranduil zmarszczył brwi i także spojrzał na mnie z gniewem. Jednak, gdy się odezwał jego głos był chłodny i spokojny.
- Nie będę narażał naszych wojsk, tylko dlatego, iż Thror nie potrafił opanować swej chciwości. Gdyby mnie słuchał,  nie doszłoby do tego – rzekł. -  Jak to mówią: jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.
- Ale... To nie ich wina, że ich władca oszalał! – Zawołałam tracąc nadzieję, że uda mi się przekonać stryja do zmiany zdania.
- Nic na to nie poradzę – odparł wyniośle, po czym zatrzymał swego łosia, przechylił się w moim kierunku i złapał mnie za ramię. Zmarszczyłam brwi i odsunęłam się nieco. – Twierdzisz, że masz słuszność, ale choć jesteś utalentowana w boju, masz niewielkie pojęcie na temat otaczającego nas świata – powiedział, a ja zerknęłam na niego oburzona. – Chciałabyś walczyć, pomóc im, a tak naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, że na to nie zasługują. Może za wiele lat to zrozumiesz i przyznasz mi rację.
   Wyrwałam mu się i zaczęłam zastanawiać, czy nie poprosić mojego oddziału, aby złamali rozkaz króla i poszli ze mną pomóc krasnoludom. Chciałam już ruszyć, gdy stryj rzekł do mnie coś jeszcze.
- Cokolwiek chcesz uczynić, pamiętaj, że robię to dla naszego dobra – zerknęłam na niego krzywiąc się. – Uszanuj pamięć ojca, Clarlien – dodał, po czym odwrócił się i ruszył podążając za naszymi wojskami.
   Te słowa zbiły mnie całkowicie z tropu. Thranduil wiedział, jak trafić w mój słaby punkt. Zdałam sobie wówczas sprawę, iż choć próbowałabym przekonać straż do złamania rozkazu króla to i tak będą mu wierni i tego nie zrobią.
   Ruszyłam więc za pozostałymi i bijąc się z myślami, wróciłam do Leśnego Królestwa. Stryj najwyraźniej zapomniał potem o całej sprawie, gdyż nie wspominał więc nic na temat mojego chwilowego nieposłuszeństwa. W końcu osiągnął, co chciał.
   Mimo nieszczęścia, które spotkało plemię Durina, moja przyjaźń z Thorinem nie została zerwana. Po pewnym czasie od dnia napaści Smauga, dostałam wiadomość od zaufanych osób, iż krasnoludy z Ereboru po utraceniu swej ojczyzny osiedliły się w Górach Błękitnych. Gdy się o tym dowiedziałam, od razu udałam się we wskazane miejsce. Oczywiście jak zwykle zadbałam o to, aby stryj o niczym nie wiedział.
   Odnalazłam Thorina i pozostałych. Ich nowa siedziba okazała się całkiem przyjemnym miejscem położonym wśród gór. Gdy się z nim spotkałam, opowiedział mi szczegółowo o spustoszeniach dokonanych przez smoka i o tym, co spotkało ich potem. Dowiedziałam się, że zanim się tu osiedli musieli pracować w kuźniach w ludzkich wioskach, aby zarobić na życie. Jeszcze niedawno potężne plemię Durina musiało tułać się teraz po świecie.
   Thorin nie próbował ukryć urazy wobec elfów. Zauważyłam nawet, iż ostatnie poczynanie Thranduila zakorzeniło w nim jawną nienawiść do naszego narodu.
   Na szczęście nie miał wobec mnie pretensji, gdy wyjaśniłam mu, że ja sama  również byłam zaskoczona i oburzona zachowaniem stryja. Zaproponowałam mu, że przekażę im trochę złota, dopóki nie dorobią się jakiegoś większego majątku po utracie bogactw. Thorin jednak stanowczo odmówił. Jak zwykle, jego honor nie pozwalał mu na coś podobnego. Westchnęłam więc tylko i zapewniłam, że zawsze może liczyć na moją pomoc. Powiedziałam też, że żałuję tego, co zaszło pomiędzy naszymi rasami. On zaś nic na to nie odpowiedział. Posiedzieliśmy więc jeszcze chwilę rozmawiając, po czym udałam się w drogę powrotną.
   Tak upływały kolejne lata. Moje wizyty w Górach Błękitnych stawały się z czasem coraz rzadsze. Bywałam tam zwykle raz na rok, czasem nawet raz na dwa lata. Podczas jednej z nich wizyt dowiedziałam się o stoczonej w Morii bitwie oraz  o śmierci Throra, a także zaginięciu jego syna, Thraina. Usłyszałam o od Thorina cały przebieg bitwy i tego, co wydarzyło się potem. Zyskał on wówczas nie tylko przydomek „Dębowa Tarcza”, lecz także jeszcze większy szacunek swych pobratymców, gdyż zaczęto traktować go jak króla.
   Przez wiele lat niepokoił się on losem swego ojca, który odszedł i nie wrócił (podobnie jak mój ojciec – była to kolejna łącząca nas rzecz), jednocześnie pamiętając krzywdy swego ludu wyrządzone przez smoka. Mimo, iż całkiem nieźle powodziło im się wówczas w nowej siedzibie, zdawał sobie sprawę ze spoczywającego na nim obowiązku odzyskania ojczyzny. Choć mu to odradzałam, pozostawał nieugięty.
   Ponad rok temu otrzymałam od niego wiadomość, z której wynikało, że jest gotów odzyskać utracone królestwo i wraz z pomocą Gandalfa Szarego i kilkunastu innych krasnoludów wyrusza niebawem na wyprawę. Postanowiłam, iż spotkam się z nim jeszcze zanim ruszą, aby powiedzieć, żeby nie szli przez Mroczną Puszczę (wolałam bowiem, aby nie mieli styczności z nieprzewidywalnym Thranduilem). Udałam się więc w Góry Błękitne, jednak nie zastałam tam Thorina, ani nikogo znajomego. Najwyraźniej nie chcieli zwlekać.
   Dałam więc sobie spokój i wróciłam do Leśnego Królestwa z nadzieją, iż będą na tyle mądrzy, że nie zbliżą się zbytnio do naszych terenów. Najwyraźniej jednak się myliłam. 
                


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz