Po chwili mój krok przeszedł w trucht, gdyż
chciałam już być na miejscu. Ani się obejrzałam, byłam w już z powrotem. Gdy
tylko weszłam do pałacu, od razu zauważyłam, że coś jest nie tak. Na korytarzu
głównym panowało ogólne zamieszanie, wszędzie kręcili się rozmawiający
podniesionym głosem strażnicy. Czyżby chodziło o krasnoludów? Wśród straży zauważyłam mojego dobrego
znajomego. Zaczepiłam go, pytając co się stało. Gdy oznajmił mi, że więźniowie
zniknęli, nie byłam zdziwiona. Elf chyba jednak tego nie zauważył, gdyż miał jakąś
pilną sprawę do załatwienia i odszedł naprędce.
Postanowiłam działać szybko. Popędziłam czym prędzej w kierunku celi. Usiłowałam wymyśleć, gdzie też mogli uciec, ale żadne sensowne rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy. Biegnąc korytarzem prowadzącym na dół, natknęłam się na Legolasa. Ubrany w strój bojowy i uzbrojony zmierzał szybkim krokiem kierunku tylnego wyjścia od strony rzeki. Podeszłam do niego. Czyżby Thranduil wysłał go w pościg?
- Orkowie! – zawołał nie zatrzymując się. Na te słowa zdezorientowałam się jeszcze bardziej.
- Gdzie?! – spytałam domagając się wyjaśnień.
- Nad rzeką, niedaleko bramy. Idziesz z nami walczyć? – zapytał obrzucając mnie szybkim spojrzeniem. Na całe szczęście akurat miałam przy sobie całą swoją broń, gdyż zabrałam ją przecież na leśną wyprawę.
- Oczywiście - odparłam.
- Tak myślałem – dodał cicho upewniając się wzrokiem, czy mam przy sobie odpowiednią ilość broni.W tym momencie korytarz się skończył, a naszym oczom ukazało się szerokie tylne wyjście. Zwykle zamknięte potężne, dębowe wrota były teraz otwarte na oścież. Zza nich do przyciemnionego pomieszczenia wpadało jasne światło jesiennego słońca.Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie czekała na nas Tauriel. Przywitałam się z nią skinieniem głowy. Zdziwiłam się trochę nie widząc poza nią nikogo innego ze straży, ale nic nie powiedziałam. Teraz najważniejsza była walka.
Całą trójką ruszyliśmy w milczeniu wzdłuż rzeki. Póki co nigdzie nie było widać śladów nieprzyjaciela, ale nie dałam się ulec temu złudzeniu. Po około pięciu minutach marszu usłyszeliśmy jakieś hałasy dochodzące spod bramy na rzece. Przyśpieszyłam kroku wybiegając naprzód i wytężyłam wzrok.Widok, który ujrzałam wydał mi się co najmniej dziwny.
Kilkaset metrów dalej, nieco niżej, po obu brzegach rzeki znajdowała się grupa orków. Z jak zwykle ogromnym rumorem, próbowali się oni dostać do czegoś na wodzie pod bramą. Zerknęłam w tamtym kierunku i przeżyłam kolejne zdumienie.
Pod bramą, na powierzchni rzeki w drewnianych beczkach (takich samych w jakich zawsze transportowaliśmy żywność do Miasta na Jeziorze) znajdowały się krasnoludy. Na oko było ich co najmniej dziesięciu. Nie widziałam ich twarzy z tej odległości, lecz wiedziałam, że to właśnie oni. Któż inny wpadłby na taki sposób ucieczki?
Moi towarzysze nie wahając się ani chwili ruszyli w ich kierunku z napiętymi łukami. Ruszyłam za nimi. Gdy byliśmy już dość blisko bramy, spostrzegłam, że czarnowłosy krasnolud, ten sam, który poprzedniego dnia zwrócił moją uwagę wydostał się z wody i wyszedł na brzeg. Co on robił?! Nie zdążyłam wypowiedzieć tego pytania na głos, gdyż na raz dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie. Młody krasnolud upadł na ziemię z długą strzałą orków utkwioną w nodze. W tym samym momencie Tauriel rzuciła się do walki zabijając wrogów swoimi sztyletami. Legolas ruszył za nią. I ja postanowiłam nie zwlekać z atakiem. Wyciągnęłam z pasa dwa noże i zręcznie rzuciłam nimi jeden za drugim powalając dwóch orków. Pierwszy padł z przebitym gardłem, drugi dostał w głowę chwilę później.
Nie była to jednak taktyka, której zamierzałam użyć. Rozejrzałam się naprędce pośród wrzawy walki. W końcu odnalazłam wzrokiem to, czego szukałam. Było to grube drzewo z rozłożystymi konarami. Podbiegłam do niego, po drodze unikając ciosów i zdążając jeszcze poderżnąć gardła paru orkom. Gdy byłam już przy pniu, wdrapałam się naprędce na górę drzewa. Siadając na grubej gałęzi, ukryłam się wśród liści i nałożyłam strzałę na cięciwę. Następnie precyzyjnie wycelowałam i strzeliłam. Udało mi się trafić jednego z przeciwników w sam środek głowy. Uśmiechnęłam się pod nosem, po czym powtórzyłam tę czynność jeszcze parę razy, dopóki żaden ork nie znajdował się w zasięgu moich strzał. Moi towarzysze zaś byli tak zajęci walką, że nawet nie zauważyli mojego zniknięcia. Legolas jak zwykle wypuszczał strzały jedna za drugą w mgnieniu oka powalając przeciwników. Tauriel także doskonale sobie radziła, co rusz zabijając orków swymi sztyletami oraz strzelając z łuku.
Ledwo zauważyliśmy, iż zraniony krasnolud podniósł się z trudem i pociągnął za metalowy uchwyt, otwierając bramę. Kraty się otworzyły i krasnoludy siedzące w beczkach popłynęły dalej. Widząc to, orkowie natychmiast ruszyli za nimi wzdłuż brzegów wykrzykując coś w Czarnej Mowie.
Mój kuzyn nie czekając ani chwili puścił się biegiem za nimi, a Tauriel pobiegła za nim. Prawie zniknęli mi z pola widzenia powalając jeszcze wrogów po drodze. Postanowiłam nie zostawać w tyle. Czym prędzej zeszłam z drzewa i pobiegłam za towarzyszami. Na całe szczęście, w biegu na krótkie i długie dystanse byłam równie dobra co w walce, toteż szybko ich dogoniłam. Omiotłam wzrokiem rzekę i zauważyłam krasnoludów płynących wartką wodą. Co chwila któryś z orków próbował ich zaatakować z brzegu, lecz albo zostawał przez nich zabity za pomocą jakiejś prymitywnej broni zabranej przeciwnikowi, albo padał od elfickich strzał.
Ja zaś zupełnie zatraciłam się w walce, jak to miałam w zwyczaju. Ani nie zwracałam uwagi na wyjątkowe pod względem zwinności bitewne wyczyny mego kuzyna, ani nie podziwiałam zaciekłości, z jaką walczyła Tauriel. Nie patrzyłam nawet na krasnoludów, którzy musieli radzić sobie nie tylko z orkami, lecz także z szybkim prądem rzeki. Istniałam tylko ja, mój łuk i wróg. Niemal nie kontrolując tego, co robię, automatycznie biegłam i zabijałam jednego orka po drugim.Gdy zauważyłam, iż kończą mi się strzały, chwyciłam za sztylety i rzuciłam się na wrogów. Orków jednak było już niewiele – część umknęła dalej poza nasz zasięg, a reszta została wybita. Ze zręcznością udało mi się powalić kilku ostatnich. Został jednak jeszcze jeden, którego nie zauważyłam, gdyż zaszedł mnie od tyłu. Podbiegł niespodziewanie i cicho, po czym pchnął mnie z całej siły jakimś metalowym prętem. Zaskoczona upadłam na ziemię. Lekko zakręciło mi się w głowie. Rozejrzałam się nerwowo w poszukiwaniu towarzyszy, lecz nie było ich w pobliżu. Najwyraźniej zostali gdzieś w tyle. Ork nachylił się nade mną z mieczem o poszarpanej i ostrej krawędzi w ręku i wycelował go we mnie. Zrobiłam błyskawiczny unik, przetoczyłam się z metr w bok i podniosłam. Ostrze zaryło w ziemi, a ja rzuciłam się na orka z jego prawej strony i wbiłam mu sztylet w pierś. Zawył dziko, po czym osunął się na ziemię i znieruchomiał.
Rozejrzałam się dookoła. Orków nigdzie nie
było widać. Widocznie pobiegli za krasnoludami, które popłynęły z prądem. Zmartwiło
mnie to nieco. Co będzie, jeśli dopadną ich znienacka? Przecież kompania nie
miała nawet się czym bronić… I co się stało z rannym krasnoludem? Odrzuciłam
jednak te pytania, gdyż miałam teraz co innego na głowie. Musiałam wrócić do
pałacu.
Ruszyłam więc z powrotem. Po drodze nie spotkałam Tauriel ani Legolasa. Widać postanowili wrócić beze mnie. Zapewne zdawali teraz raport Thranduilowi. Pewnie będzie się zastanawiał, skąd orkowie nagle pojawili się na naszych ziemiach. Bynajmniej nie miałam ochoty na rozmowę, podczas której miałby wspominać znów coś na temat krasnoludów. Wczorajsza w zupełności mi wystarczyła, abym była zła na stryja.
Mimo to, gdy byłam już na miejscu, od razu udałam się do sali tronowej. Oczywiście zastałam tam całą trójkę. Król przechadzał się parę schodków poniżej tronu, gdzie stał także mój kuzyn i moja zastępczyni. Jednak nie byli sami.
Pomiędzy nimi znajdował się jeden z orków, z którymi dziś walczyliśmy. Stał obok Legolasa, który trzymał mu miecz pod brodą. Podchodząc do nich, zmarszczyłam brwi. Kolejny więzień czy po prostu źródło informacji?
Postanowiłam działać szybko. Popędziłam czym prędzej w kierunku celi. Usiłowałam wymyśleć, gdzie też mogli uciec, ale żadne sensowne rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy. Biegnąc korytarzem prowadzącym na dół, natknęłam się na Legolasa. Ubrany w strój bojowy i uzbrojony zmierzał szybkim krokiem kierunku tylnego wyjścia od strony rzeki. Podeszłam do niego. Czyżby Thranduil wysłał go w pościg?
- Orkowie! – zawołał nie zatrzymując się. Na te słowa zdezorientowałam się jeszcze bardziej.
- Gdzie?! – spytałam domagając się wyjaśnień.
- Nad rzeką, niedaleko bramy. Idziesz z nami walczyć? – zapytał obrzucając mnie szybkim spojrzeniem. Na całe szczęście akurat miałam przy sobie całą swoją broń, gdyż zabrałam ją przecież na leśną wyprawę.
- Oczywiście - odparłam.
- Tak myślałem – dodał cicho upewniając się wzrokiem, czy mam przy sobie odpowiednią ilość broni.W tym momencie korytarz się skończył, a naszym oczom ukazało się szerokie tylne wyjście. Zwykle zamknięte potężne, dębowe wrota były teraz otwarte na oścież. Zza nich do przyciemnionego pomieszczenia wpadało jasne światło jesiennego słońca.Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie czekała na nas Tauriel. Przywitałam się z nią skinieniem głowy. Zdziwiłam się trochę nie widząc poza nią nikogo innego ze straży, ale nic nie powiedziałam. Teraz najważniejsza była walka.
Całą trójką ruszyliśmy w milczeniu wzdłuż rzeki. Póki co nigdzie nie było widać śladów nieprzyjaciela, ale nie dałam się ulec temu złudzeniu. Po około pięciu minutach marszu usłyszeliśmy jakieś hałasy dochodzące spod bramy na rzece. Przyśpieszyłam kroku wybiegając naprzód i wytężyłam wzrok.Widok, który ujrzałam wydał mi się co najmniej dziwny.
Kilkaset metrów dalej, nieco niżej, po obu brzegach rzeki znajdowała się grupa orków. Z jak zwykle ogromnym rumorem, próbowali się oni dostać do czegoś na wodzie pod bramą. Zerknęłam w tamtym kierunku i przeżyłam kolejne zdumienie.
Pod bramą, na powierzchni rzeki w drewnianych beczkach (takich samych w jakich zawsze transportowaliśmy żywność do Miasta na Jeziorze) znajdowały się krasnoludy. Na oko było ich co najmniej dziesięciu. Nie widziałam ich twarzy z tej odległości, lecz wiedziałam, że to właśnie oni. Któż inny wpadłby na taki sposób ucieczki?
Moi towarzysze nie wahając się ani chwili ruszyli w ich kierunku z napiętymi łukami. Ruszyłam za nimi. Gdy byliśmy już dość blisko bramy, spostrzegłam, że czarnowłosy krasnolud, ten sam, który poprzedniego dnia zwrócił moją uwagę wydostał się z wody i wyszedł na brzeg. Co on robił?! Nie zdążyłam wypowiedzieć tego pytania na głos, gdyż na raz dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie. Młody krasnolud upadł na ziemię z długą strzałą orków utkwioną w nodze. W tym samym momencie Tauriel rzuciła się do walki zabijając wrogów swoimi sztyletami. Legolas ruszył za nią. I ja postanowiłam nie zwlekać z atakiem. Wyciągnęłam z pasa dwa noże i zręcznie rzuciłam nimi jeden za drugim powalając dwóch orków. Pierwszy padł z przebitym gardłem, drugi dostał w głowę chwilę później.
Nie była to jednak taktyka, której zamierzałam użyć. Rozejrzałam się naprędce pośród wrzawy walki. W końcu odnalazłam wzrokiem to, czego szukałam. Było to grube drzewo z rozłożystymi konarami. Podbiegłam do niego, po drodze unikając ciosów i zdążając jeszcze poderżnąć gardła paru orkom. Gdy byłam już przy pniu, wdrapałam się naprędce na górę drzewa. Siadając na grubej gałęzi, ukryłam się wśród liści i nałożyłam strzałę na cięciwę. Następnie precyzyjnie wycelowałam i strzeliłam. Udało mi się trafić jednego z przeciwników w sam środek głowy. Uśmiechnęłam się pod nosem, po czym powtórzyłam tę czynność jeszcze parę razy, dopóki żaden ork nie znajdował się w zasięgu moich strzał. Moi towarzysze zaś byli tak zajęci walką, że nawet nie zauważyli mojego zniknięcia. Legolas jak zwykle wypuszczał strzały jedna za drugą w mgnieniu oka powalając przeciwników. Tauriel także doskonale sobie radziła, co rusz zabijając orków swymi sztyletami oraz strzelając z łuku.
Ledwo zauważyliśmy, iż zraniony krasnolud podniósł się z trudem i pociągnął za metalowy uchwyt, otwierając bramę. Kraty się otworzyły i krasnoludy siedzące w beczkach popłynęły dalej. Widząc to, orkowie natychmiast ruszyli za nimi wzdłuż brzegów wykrzykując coś w Czarnej Mowie.
Mój kuzyn nie czekając ani chwili puścił się biegiem za nimi, a Tauriel pobiegła za nim. Prawie zniknęli mi z pola widzenia powalając jeszcze wrogów po drodze. Postanowiłam nie zostawać w tyle. Czym prędzej zeszłam z drzewa i pobiegłam za towarzyszami. Na całe szczęście, w biegu na krótkie i długie dystanse byłam równie dobra co w walce, toteż szybko ich dogoniłam. Omiotłam wzrokiem rzekę i zauważyłam krasnoludów płynących wartką wodą. Co chwila któryś z orków próbował ich zaatakować z brzegu, lecz albo zostawał przez nich zabity za pomocą jakiejś prymitywnej broni zabranej przeciwnikowi, albo padał od elfickich strzał.
Ja zaś zupełnie zatraciłam się w walce, jak to miałam w zwyczaju. Ani nie zwracałam uwagi na wyjątkowe pod względem zwinności bitewne wyczyny mego kuzyna, ani nie podziwiałam zaciekłości, z jaką walczyła Tauriel. Nie patrzyłam nawet na krasnoludów, którzy musieli radzić sobie nie tylko z orkami, lecz także z szybkim prądem rzeki. Istniałam tylko ja, mój łuk i wróg. Niemal nie kontrolując tego, co robię, automatycznie biegłam i zabijałam jednego orka po drugim.Gdy zauważyłam, iż kończą mi się strzały, chwyciłam za sztylety i rzuciłam się na wrogów. Orków jednak było już niewiele – część umknęła dalej poza nasz zasięg, a reszta została wybita. Ze zręcznością udało mi się powalić kilku ostatnich. Został jednak jeszcze jeden, którego nie zauważyłam, gdyż zaszedł mnie od tyłu. Podbiegł niespodziewanie i cicho, po czym pchnął mnie z całej siły jakimś metalowym prętem. Zaskoczona upadłam na ziemię. Lekko zakręciło mi się w głowie. Rozejrzałam się nerwowo w poszukiwaniu towarzyszy, lecz nie było ich w pobliżu. Najwyraźniej zostali gdzieś w tyle. Ork nachylił się nade mną z mieczem o poszarpanej i ostrej krawędzi w ręku i wycelował go we mnie. Zrobiłam błyskawiczny unik, przetoczyłam się z metr w bok i podniosłam. Ostrze zaryło w ziemi, a ja rzuciłam się na orka z jego prawej strony i wbiłam mu sztylet w pierś. Zawył dziko, po czym osunął się na ziemię i znieruchomiał.
Ruszyłam więc z powrotem. Po drodze nie spotkałam Tauriel ani Legolasa. Widać postanowili wrócić beze mnie. Zapewne zdawali teraz raport Thranduilowi. Pewnie będzie się zastanawiał, skąd orkowie nagle pojawili się na naszych ziemiach. Bynajmniej nie miałam ochoty na rozmowę, podczas której miałby wspominać znów coś na temat krasnoludów. Wczorajsza w zupełności mi wystarczyła, abym była zła na stryja.
Mimo to, gdy byłam już na miejscu, od razu udałam się do sali tronowej. Oczywiście zastałam tam całą trójkę. Król przechadzał się parę schodków poniżej tronu, gdzie stał także mój kuzyn i moja zastępczyni. Jednak nie byli sami.
Pomiędzy nimi znajdował się jeden z orków, z którymi dziś walczyliśmy. Stał obok Legolasa, który trzymał mu miecz pod brodą. Podchodząc do nich, zmarszczyłam brwi. Kolejny więzień czy po prostu źródło informacji?
- Taka jest
natura zła. Przy nieświadomości świata zalega i się rozprzestrzenia. Cień,
który rośnie w ciemności, bezsenna złośliwość jak nadchodząca ściana nocy.
Zawsze tak było. Zawsze tak będzie. Z czasem, wszystko co nieczyste się ujawni – rzekł stryj.
Gdy mnie zauważył, zdziwił się nieco.
Podobnie jak jego towarzysze.
- Clarlien,
stało się coś? Dlaczego nie wróciliście razem? – zapytał z troską, a zarazem
naganą w głosie.
- Nic się
nie stało, stryju. Po prostu… za bardzo ich wyprzedziłam. – Uśmiechnęłam się
krzywo, po czym zerknęłam ze zdziwieniem w oczach na orka. – Nowy więzień?
Król jednak tylko pokręcił lekko głową, po
czym dał znak swemu synowi, aby ten przemówił.
-
Ścigaliście kompanię trzynastu krasnoludów. Dlaczego? – wycedził Legolas do
orka.
- Już nie
trzynastu – ork zerknął na Tauriel. – Ten młody, ciemnowłosy łucznik dostał
strzałą z Morgulu. Trucizna jest już w jego krwi, rychło go zmoże.
Moja zastępczyni pozostała jednak
niewzruszona i wysyczała tylko:
-
Odpowiadaj, ścierwo!
- Nie
odpowiadam psom, elfko! – Nasz „więzień” zaczął się szarpać.
Na te słowa Tauriel błyskawicznym ruchem
wyciągnęła sztylet.
- Nie
drażniłbym jej – powiedział Legolas. Zaśmiałam się w duchu, gdyż zawsze bawiła
mnie jej impulsywność okazywana w raczej zabraniających tego momentach.
- Lubisz
zabijać, orku? – spytała z płonącymi oczami. – Lubisz śmierć? To ja ci ją
zadam! – Tauriel rzuciła się na orka i niemal by go zabiła, lecz w ostatniej
chwili powstrzymał ją głos króla.
- Dosyć!
Tauriel, odejdź.Wyjdź stąd. – Thranduil posłał jej surowe spojrzenie.
Oczywiście musiała się dostosować do
rozkazu. Z gniewnym wyrazem twarzy odwróciła się i szybko zeszła po stopniach
na dół. Ja zaś przyglądałam się temu w milczeniu.
- Nie dbam o
jednego martwego krasnoluda. Odpowiedz na pytanie, nie masz się czego obawiać –
rzekł stryj, a ja zmarszczyłam brwi. Chyba nie mówił tego na poważnie?! –
Powiedz nam, co wiesz, a ja cię uwolnię.
- Mieliście
ich zabić, dlaczego? – przemówił znów Legolas. – Czemu obchodzi was Thorin
Dębowa Tarcza?
- Ten
pokurcz nigdy nie będzie królem! – odparł z wściekłością ork. Te słowa wywołały
u mnie przypływ gniewu, jednak nie dałam okazać tego po sobie.
- Królem? –
Mój kuzyn wydawał się być zdziwiony taką odpowiedzią. – Nie ma króla pod Górą i
nigdy nie będzie. Nikt nie śmie wejść do Ereboru póki smok żyje.
- Nic nie
wiesz. Wasz świat spłonie.
- O ty czym
mówisz?! Odpowiadaj! – Legolas niemal wykrzyczał te słowa.
- Nasz czas
znów nastał. Mój pan służy Jedynemu. – O czym mówiło to ścierwo?! Czyżby
chodziło o tajemniczego Czarnoksiężnika
z Dol Goldur? – Rozumiesz już teraz, elfie? Śmierć jest nad wami!
Płomienie wojny są nad wami! – wycharczał ork, po czym zaczął się upiornie
śmiać. Jego śmiech jednak urwał się niespodziewanie, gdy Thranduil niezmiernie
szybko wyciągnął miecz z pochwy, po czym stojąc tyłem do nas zrobił ręką zamach
i obciął mu głowę. Odczepiła się od reszty ciała i została w ręku Legolasa,
który natychmiast odrzucił ją z obrzydzeniem. Wszystko wydarzyło się tak
szybko, że ledwo zdążyłam złapać oddech.
- Czemu to
zrobiłeś? Obiecałeś go uwolnić – rzekł ze zdziwieniem na twarzy.
- I
uwolniłem – odpowiedział mu ojciec,
podchodząc do nas i przydeptując butem drgające jeszcze ciało orka. – Uwolniłem jego głowę od żałosnych ramion.
- Mógł nam
powiedzieć więcej. – Mój kuzyn, podobnie jak ja, nie wydawał się przekonany.
- Nie było
nic więcej, co mógłby mi powiedzieć – odparł
król.
- Co
znaczyły te płomienie wojny? – dociekał jego syn.
- Sięgną po
broń, która zniszczy wszystko na swojej drodze. – Thranduil zszedł kilka stopni
w dół. – Podwoić straże na naszych granicach, wszystkich drogach i rzekach.
Nikt nie wejdzie do królestwa, ani go nie opuści – powiedział do stojących
nieopodal strażników, po czym spojrzał znów na nas.
Świetny rozdział ^^
OdpowiedzUsuńZauważyłam tylko kilka powtórzeń, ale nie są one tak rażące ;)
Z niecierpliwością czekam na kolejną część ^^
Dziękuję i spróbuję poprawić powtórzenia ^^
Usuń